Młody na weselu: – „No przeleciałbym teściową”…

Młodej parze zwisa to, czym filmujesz. Ma być okazale. Im większa kamera, tym lepiej. Nie jedna oczywiście. Minimum dwie. Godzą się nawet dzisiaj, w 2013 roku na stare S-VHS-y Panasonica, takie cegły naramienne o wadze ze sześć kilo, ale za to wyglądające bardzo okazale. Układają cały film zanim operator cokolwiek im zaproponuje. Bo przecież wiedzą doskonale, co jest najlepsze. Powinno być dużo przejść, najchętniej z wodotryskami, sporo widoków przedślubnej, szczęśliwej pary narzeczonych i potem, już po ślubie – wywiady gdzieś w plenerze, do bólu nasycone uśmiechami szczęścia, czułymi gestami, spojrzeniami prosto w twarz. Nie dociera do nich, że według starej dobrej szkoły filmowej najlepszym przejściem jest po prostu cięcie. Rzygać się chce.

Od roku 1996 na wideofilmowaniu wesel oraz także na didżejowaniu na nich spędziłem siedem lat. Tą w sumie niezłą passę przerwała moja choroba (pisałem o tym w artykule
http://niedlaidiotow.blog.pl/archiwa/389
), ale nie żałuję niczego. Dzisiaj, kiedy zdrowie mi już na to pozwala, chętnie stanąłbym za kamerą ponownie. Zaczęło się, jak zwykle bywa, od znajomych. Filmowałem wszystko, montowałem na kompie i w końcu ktoś poprosił mnie o wesele. Czemu nie? Ja, Wajda wesel? Totalna kaszanka. Spaliłem je w butach: kościół w Szczecinie na osiedlu Słonecznym zamiast okien miał żółte witraże. Amatorska kamera nie umiała sobie poradzić z balansem bieli. Poległem, najłagodniejsze ze słów jakie słyszałem oddając materiał to było „jasna dupa”. O ilości „k.rw” nie wspomnę. W końcu przerobiłem część sakralną na czarno-białą, wyszło ciekawie, ale w ilości „ch..jów” nic się nie zmieniło.

Zasiany bakcyl kamerzysty działał. Spiąłem się i pojechałem do Berlina po porządną kamerę. Kupiłem S-VHS-a od Panasonica, na owe czasy dającego niezły zapis. Maszyna wyglądała okazale, ale od jej noszenia wysiadał kręgosłup. Akumulator zapewniający zapis 3 h bez przerwy ważył ponad 3 kg. Kamera miała jednak możliwość ustawiania ekspozycji i już nigdy nie udało mi się skaszanić barw. Pierwsze wesele jakie trafiłem z ogłoszenia (zarejestrowałem firmę) należało do niezbyt rozgarniętych młodych. Chcieli wodotrysków, mieli fruwać na zdjęciach. Obiecałem im to, choć Ulead Media Studio (program do obróbki wideo) nie dawał za wielu możliwości ubarwiania materiału. W kościele naganiałem się jak głupi, do tego zburczał mnie ksiądz, bo pałętałem mu się podczas mszy pod mikrofonem. Potem była balanga w knajpie. Wyszło na tyle nieźle, że na kredyt kupiłem drugą kamerę. Po krótkim szkoleniu stanął za nią syn. Biblia filmującego: NIGDY nie używaj zoomu. NIGDY nie majtaj kamerą we wszystkie strony. NIGDY nie przerywaj ujęć. NIGDY nie umieszczaj głowy filmowanej osoby w środku kadru. Musi być wysoko, na linii włosów.

Kolejni młodzi chcieli sesję w parku Kasprowicza w Szczecinie. Nihil novi. Wszyscy chcą. No to poszliśmy. Nie mając jeszcze za wielkiego pojęcia o fachu ustawiałem ich na mostku nad jeziorkiem. To tu, to tam. Pech chciał, że młody, tańcząc wokół przyszłej żony poślizgnął się na gołębiej kupie i fajtnął z mostka we fraku prosto w bagniste wody jeziorka Kasprowicza. Jaja jak berety, nieomalże nie zwinąłem się ze śmiechu za obiektywem. Miałem to na taśmie, ale porażka była zbyt oczywista, bym mógł ją wykorzystać. Na całe szczęście sesja była dzień przed weselem, inaczej bym chyba nie przeżył.

Największe jaja jednak były w katedrze na Wyszyńskiego. Ślub brała moja koleżanka z pracy, Małgosia (nie zmieniam imienia, mówiłem na nią MałaGosia ze względu na drobną budowę ciała). Obiecałem dziewczynie, że trzepnę takie wideo, że będzie piszczeć z zachwytu. Nie byłbym jednak sobą, by nie naopowiadać jej o rytuałach i o słynnym „Nie dopuszczę cię aż do śmierci”. Żeby się nie pomyliła. Piłowałem ją w pracy kilka tygodni wcześniej, i w końcu, kiedy wraz z synem staliśmy przy obiektywach czekając na słowa przysięgi stało się. MałaGosia straciła oddech i w końcu wydukała, że nie dopuści Marcina aż do śmierci! (opisałem tą scenę adaptując do powieści w jednej ze swoich książek).

Obrosłem w piórka. Dwie kamery, oświetlenie, mikrofony podłączane pod te kościelne, wreszcie dobry komputer i jeszcze lepszy program do obróbki wideo – Adobe Premiere. Zlecenia szły właściwie co tydzień, a ponieważ nie miałem wygórowanych cen, na brak pracy nie narzekałem. Prócz tego wraz z kolegą Staszkiem didżejowaliśmy. Graliśmy weselną muzę z płyt, Stasiu bawił gości konferansjerką, wspólnymi zabawami i tańcami, ja z dzieciakiem lataliśmy z kamerami. Nieźle szło.

Zadzwoniła teściowa. Bo młodzi chcą wesele tradycyjne, z orkiestrą. I czy ja mogę to sfilmować. No mogłem. Tradycyjne oznaczało bez didżeja. Spotkałem się, jak było w moim zwyczaju, z młodymi tydzień wcześniej. Znów katedra. Fatum? Mieli wysokie oczekiwania. Najpierw sesja na Głębokim (jezioro), potem wywiady z prezentacją zdjęć od niemowlaka, potem spacer ulicami miasta, no i w końcu wspólna wizyta u fotografa. On trzepie fotki, ja dokumentuję ruch. W czasie ślubu 2 kamery, dodatkowe oświetlenie, mikroporty (indywidualne mikrofony doczepiane do kołnierzyków, idealnie ściągające od pojedynczych osób dźwięk). Chcąc się pozbyć niewygodnych zleceniodawców, rzuciłem kretyńsko wysoką cenę, ponad 4-krotnie większą niż konkurencja. Szlag trafił, przeszło. Mikroporty i mikser pożyczyłem z telewizji, wesele poszło całkiem nieźle. Podczas filmowania na uszach miałem cały czas słuchawki, docierało do mnie nawet brzęczenie much. Gorzej było z księdzem, jego mikrofon był dublowany zwykłą dostawką do kościelnej kolumny. Ale montaż wypadł świetnie, młodzi dostali na DVD to, co zamówili. Czyżby? Dwa tygodnie po weselu wpadł do mnie świadek i dał mi w pysk. Wywróciłem się.  O co chodziło? Otóż montując już nie korzystałem ze słuchawek, a z głośników. Podłej jakości. I uszedł mojej uwadze rzucony gdzieś tam mimochodem, w tle, po cichu, tekst młodego do świadka: „Nooo, przeje…bym teściową, popatrz kur.a jaka laska”. Słyszalny na końcowym nagraniu jak cholera, mimo podkładu muzycznego.

Do końca mojej przygody z wideofilmowaniem, czyli do listopada 2003 roku wykonałem tak pod 100 „dzieł” – głównie z wesel, ale także studniówek, chrzcin, i… procesów produkcyjnych. Studia reklamowego czy filmowego nie założyłem, na to byłem za cienki. Jednak praca za obiektywem kamery, starania by wykonać najidiotyczniejsze wymagania klienta sprawiały mi sporo satysfakcji. Kopiując w dziesiątkach egzemplarzy najpierw kasety VHS, a potem DVD wiedziałem, że daję ludziom cząstkę siebie. Nie tłukłem jak inni moi koledzy po 3, 4 godziny nudnego filmu, który przeglądało się właściwie na szybkim podglądzie. Dawałem młodym dwa nośniki: – jeden półtoragodzinny, zmontowany, z napisami, muzyką i dialogami i drugi, nawet sześciogodzinny, będący kopią materiału z wesela. Bez jakiejkolwiek obróbki.  I tak to się działo…

Informacje o Jerzy Wilman

Wiem, że poprawnie powinno być "Informacje o Jerzym Wilmanie". Sorry - WordPress tak właśnie formatuje nagłówek, pobierając nieodmienione imię i nazwisko z metryczki. Nic więc nie poradzę. Urodziłem się daleko od Dolnego Śląska, niektórzy mówią, że nad morzem. Mam wykształcenie elektroniczne, dziennikarskie i PR-owe. Rozwiedziony i ponownie żonaty. Moją pasją są problemy społeczne i ludzkie. Lubię rozmawiać, pomóc i wychwycić z człowieka to, co go boli. Lubię też pisać - choć czasami, kiedy dostanę za swoją twórczość kopa, zastanawiam się na chwilkę - po co mi to? Moim mottem jest "Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą". Obecnie wszedłem w okres bardzo intensywnej walki. Przeciwnikiem jest życie.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Jerzy Wilman przedstawia i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

17 odpowiedzi na „Młody na weselu: – „No przeleciałbym teściową”…

  1. ~abi pisze:

    świetny artykuł… z tego punktu widzenia nie miałam okazji poznać filmowania… oj dużo się wymaga od fotografa czy kamerzysty w wyjątkowych chwilach jak ślub… no i jeszcze później oglądanie tych „smętów” żeby to poskładać w fajną całość i powycinać co nie ciekawe albo czego nie powinno się usłyszeć :) ma Pan bardzo fajne podejście do tej pracy (pomimo ryzyka na jakie może się Pan narazić chociażby świadkowi ;) ) a to oznacza, że jest Pan w tym poprostu najlepszy :) czerpia Pan z tego przyjemność. Tak trzymać :)

  2. ~netka pisze:

    Swietny tekst. Usmialam sie do lez. Pozdrowienia dla bylego szczecinianina od bylej szczecinianki. Szkoda tylko ze te glupie komentarze powyzej ;)

  3. ~marian pisze:

    katolik Chcesz zobaczyc jak to jest w piekle ? Wpadnij do nas posluchac koscielnego organisty

  4. ~chwila pisze:

    Podoba mi się Twoje podejście do pracy, którą kiedyś wykonywałeś, gdybym miała wybierać kamerzystę zapłaciłabym Ci byś przyjechał na południe Polski sfilmować jakąś ważną dla mnie uroczystość :)

  5. ~Anita pisze:

    A może by tak sfilmować noc poślubną?

  6. ~ola ola pisze:

    jestem trzy lata po ślubie, rok od rozwodu. i jeszcze ani razu nie obejrzałam tego „cudownego filmu z rajskiego życia” jakie miał mi dać mój były już małżonek.
    teraz szkoda mi tej kasy którą wywaliłam na wesele.

  7. ~gg pisze:

    Gratuluję lekkiego podejścia do problemu. Sztuka filmowania jest połączeniem techniki, warsztatu oraz ujęcia artystycznego, więc każda scena może być zrealizowana na milion różnych sposobów. Tworząc taki zapis trzeba pamiętać, że będzie on oglądany również za kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat, więc nadmiar gołąbków przy przejściach będzie nie tylko raził, ale też śmieszył ;)

  8. ~Daria pisze:

    Ja nie chciałam mieć na ślubie i weselu kamerzysty z bardzo prostego powodu… Każdy pchał się przed ołtarz do pary młodej filmując ją z takiej odległości, że wystarczyłoby aby Panna Młoda ruszyła się o 10 cm w bok i walnęłaby głową w „lufę” kamery. Zresztą tak jak piszesz, film ze ślubu i wesela ogląda się z reguły na szybkim podglądzie i tak męcząc całe towarzystwo ckliwymi momentami przynajmniej raz w roku podczas rodzinnych spotkań…

    http://szminkapoasfalcie.pl/

  9. ~antykatolik pisze:

    Ciekawe jak chcesz udzielić porad jak uniknąć piekła?? nie uwierzę że ze swoją wiedzą prowadzisz jakiś katolicki blog i wmawiasz ludziom o istnieniu piekła w którym będą się smażyć, takie chwyty były dobre w średniowieczu dla ciemnoty, jak byś poczytał biblię to byś wiedział że piekło to grób, niebyt,ciało umiera a dusza nie istnieje wraca do Boga tak jak od niego pochodzi Kaz.Sal.12:7

  10. ~Maciej pisze:

    No to miałeś…..przygody:) Ja tam się cieszę, że era kamerzystów na weselach odchodzi w niepamięć…

  11. ~katolik pisze:

    Współczuję im wszystkim, bo:
    „Wszyscy bowiem musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy otrzymał zapłatę za uczynki dokonane w ciele, złe lub dobre.” 2Kor 5: 10
    Dlatego polecam rady praktyczne jak uniknąć piekła. Kto chce skorzystać niech skorzysta a kto nie, to jego sprawa.
    http://tradycja-2007.blog.onet.pl/

    • ~Poganin pisze:

      Idż do diabła katoliku!Dla Ciebie najlepszy to EGZORCYSTA!Amen

    • ~max pisze:

      jakiego piekła, człowieku??? Skąd wy nawiedzeni się bierzecie. Naopowiadali ci głupot, a ty chodzisz i bredzisz. Śmierć jako taka nie istnieje. Umiera jedynie ciało, dusza jest nieśmiertelna. To jedynie przejście. Czy ktoś nas kiedyś tam osądzi? Wracamy tu znów aby się uczyć, naprawiać błędy, doświadczać. Może kiedyś… Ale nikt nie trafi do żadnego piekła. Ale głupoty. W poza tym co to ma wspólnego z wideofilmowaniem, bo nie kapuję????

    • ~Yod pisze:

      Bredzisz, piekło to wymysł ludzi ,żeby mogli zapanować nad innymi.

    • ~mari pisze:

      Uważaj katolik, bo może za przynudzanie, też idzie się do piekła ;)))

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>