Te dźwięki wywołują w ludziach agresję i złość

Pan Jerzy słynie w okolicy jako dobry człowiek. Taki co i pogada, i uśmiechnie się, i jak trzeba pomoże. Ale zawsze gdzieś jest ta łyżeczka dziegciu, która dobrą sławę przykrywa złą. Bo oprócz miłego stylu bycia w pana Jurka często wstępuje cholera. I to w sytuacjach, które dla innych są całkowicie niezrozumiałe, ba, niezauważalne.

Piątkowe popołudnie. Do Karpów*, niewielkiej miejscowości koło Wrocławia zjeżdżają letnicy. Lepiej powiedzieć – właściciele całorocznych domków chcący w nich odpocząć po trudnym weekendzie. A że wieś położona jest urokliwie, na skraju lasu i parku zieleni, w pobliżu zaś znajduje się niewielkie jezioro, chętnych do relaksu nie brakuje. Zjeżdżają rodziny z dziećmi, znajomymi, babcie, dziadkowie. Tubylcy nazywają ich Pusiami**, co ma wydźwięk nieco pogardliwy, ale jednocześnie sympatyczny.

Zimą Karpy są senne i spokojne. Życie wygasa w nich wraz z zachodzącym słońcem. Co prawda do Wrocławia jest zaledwie 25 minut koleją, ale na palcach jednej ręki można policzyć osoby które wysiadają z wagonów KD po godzinie 17-tej. Nie ma tu żadnego zakładu, jedynym pracodawcą jest szkoła podstawowa, obecnie przechodząca słynną reformę. No i sklep, choć to rodzinne przedsięwzięcie i nikt obcy tam się nie wbije.

Pan Jerzy mieszka z żoną w pięknym domu kilkadziesiąt metrów od lasu. I kilkadziesiąt metrów od sporego osiedla domków wypoczynkowych, w tymże lesie wybudowanego. Domki są niewielkie, takie po maksymalnie 80 m2, położone na równie małych działkach. Ale są czyste, murowane, zadbane. Mają wszelkie wygody i bywa, że miastowi pomieszkują w nich nawet w styczniu. Fale tych czasowych lokatorów napływają na święta Bożego Narodzenia, Nowy Rok, ferie, Wielkanoc i długie weekendy. Taki ciągły ruch „Pusi” zaczyna się od maja i trwa do końca sezonu grzybowego.

Wróćmy do piątkowego popołudnia. Jednym z tych, którzy już zameldowali się w swoim „letniskowie” jest pan Marcin z rodziną. Przyjeżdża tu właściwie co weekend słusznie uważając, że skoro oboje z żoną orają na przyszłą emeryturę, to wypoczynek im się należy. A wypoczynek to grill, piwko, wizyty kolegów i koleżanek z miasta, muzyka, długie wieczory okraszane sporą dawką biesiadnej atmosfery. Jak wszędzie wokół. Pan Marcin nie rozumie – już trzeci raz w tym roku za furtką stoi szczupły facet, tak koło sześćdziesiątki, i podniesionym głosem prosi o ściszenie radia. Tłumaczy, że przeszkadza mu basowy rytm słyszalny w jego posesji.

Tymczasem radio wrocławiaków nie gra wcale głośno, do tego jest włączone w pokoju. Owszem, okna tarasowe są otwarte, ale jak mówi pan Wagner – dyskoteki nie ma. Jednak to nie satysfakcjonuje tubylca. Starszy pan informuje, że w takim razie powiadomi policję o naruszanie miru domowego… I tak jest co weekend. Pan Marcin dla świętego spokoju ścisza gorące rytmy. Na kilkadziesiąt minut. Na razie tylko raz miał wizytę miejscowej dzielnicowej. Przyjechała, postała chwilę pod płotem, posłuchała. Porozmawiała z obojgiem państwa Wagnerów i zwróciła im uwagę, że rzeczywiście biesiadują niezbyt cicho, ale w jej opinii nie naruszają porządku publicznego ani nie zakłócają nikomu miru domowego. Skończyło się na spisaniu protokołu i zaleceniu wyciszenia się.

Pan Jerzy w rozmowie z policjantką nie przebiera w słowach. Nie klnie, nie ciska się, ale wyjaśnia, że dla niego słowo „wypoczynek” ma inne znaczenie niż  dla tych „Pusi”. – Oni tu balują. Przyjeżdżają się zresetować, chleją i mają w dupie okolicznych mieszkańców – wyjaśnia dobitnym głosem. Kiedy pani dzielnicowa mówi mu, że na jego posesji muzyczny bas jest ledwo słyszalny, mężczyzna cichnie. Przyznaje rację. I wyjaśnia już nieco spokojniej – Mam mizofonię. Awersję na dźwięki. Wyostrzony słuch. Nie toleruję takiego łup łup łup, wkurza mnie to do granic możliwości. Tak jak chrupanie marchewki czy ciastek.

Mizofonia*** to stosunkowo niedawno zdiagnozowana jednostka chorobowa. W dużym skrócie polega na tym, że osoby nią dotknięte alergicznie wręcz reagują na niektóre dźwięki, nawet te o niewielkim natężeniu. Dla jednych będzie to cała paleta audio, począwszy od dźwięków wydawanych przez ludzi w trakcie normalnych czynności (oddychanie, jedzenie, przełykanie), poprzez dźwięki otoczenia, a skończywszy na tak zwanym tle – czyli subtelnościach dochodzących nie wiadomo skąd. I nie ma tu znaczenia ilość decybeli.

Opisywany wyżej pan Jerzy źle reaguje na muzykę, a właściwie na jej niskie częstotliwości. Mają one właściwość wszechkierunkową, do tego rozchodzą się na zasadzie węzłów. Potrafią zdudniać się w jednym miejscu, by nie być słyszalne w ogóle kilka metrów dalej. Ich natężenie najczęściej jest niewielkie, maksymalnie kilkadziesiąt decybeli, ale mizofonikom wystarcza poziom szeptu czy szeleszczących liści. Taka osoba błyskawicznie popada w stan pobudzenia nerwowego, złości, nierzadko staje się agresywna lub popada w depresję i wycofuje się w przysłowiowy ciemny kąt.

Dla chorych nieakceptowalne dźwięki mogą być przyczyną rozpadu ich życia. Ludzie w pracy nie potrafią skupić się na zadaniach. Ich słuch jest skupiony wyłącznie na „skanowaniu” otoczenia i wyłapywaniu drażniących ekspozycji. Choć brzmi to paradoksalnie, nawet ledwo słyszalny oddech kogoś obok wywołuje w chorym ostre reakcje psychiczne. Taka osoba ma świadomość swoich zachowań, ale nie umie z nimi walczyć. Tym bardziej, że otoczenie najczęściej nie rozumie problemu i wręcz go wyśmiewa.

Obecnie medycyna próbuje leczyć mizofoników. Ale nie ma na chorobę żadnej specyficznej tabletki. Nie ma leku o nazwie „Mizofonin Forte”, który bez konsultacji z lekarzem lub farmaceutą już po pierwszym razie wyprowadzi Cię na prostą. Nie ma nic prócz długoletniej czasami psychoterapii i leków psychotropowych, których dobranie do pacjenta jest częstą loterią. I nierzadko skutkuje powikłaniami wyłączającymi czy to libido, czy też chęć do życia.

Tak jak inne schorzenia rzadkie, mizofonia jest uciążliwa dla otoczenia chorego, a on sam przeżywa piekło zamknięty w świecie dźwięków, od których nie może uciec. Brak społecznej akceptacji powoduje typowe podejście: „chłopie uspokój się, ciastka nie mogę zjeść? Do wszystkiego się czepiasz. Radio gra ledwo ledwo, przełykam ślinę, oddycham, wszystko ci przeszkadza!” Dzisiaj społeczeństwo jeszcze nie ma wiedzy o mizofonii. A jeśli nawet coś komuś obiło się o uszy, to traktuje osobę dotkniętą tym schorzeniem jak dziwadło. Bo w świetle „normalnego” świata dziwadłem jest.

 

*Nazwy, nazwiska i imiona zmienione

**Pusia to imię suczki z filmu Kogel-Mogel, której opiekunka na wsi zrobiła „furorę” wśród mieszkańców sposobem traktowania zwierzęcia, dalekim od przyjętych wówczas zwyczajów ogrodowych łańcuchowych Burków

*** Źródło http://kobieta.onet.pl/zdrowie/psychologia/mizofonia-nadwrazliwosc-na-dzwiek-przyczyny-objawy-leczenie/153dk

Informacje o Jerzy Wilman

Wiem, że poprawnie powinno być "Informacje o Jerzym Wilmanie". Sorry - WordPress tak właśnie formatuje nagłówek, pobierając nieodmienione imię i nazwisko z metryczki. Nic więc nie poradzę. Urodziłem się daleko od Dolnego Śląska, niektórzy mówią, że nad morzem. Mam wykształcenie elektroniczne, dziennikarskie i PR-owe. Rozwiedziony i ponownie żonaty. Moją pasją są problemy społeczne i ludzkie. Lubię rozmawiać, pomóc i wychwycić z człowieka to, co go boli. Lubię też pisać - choć czasami, kiedy dostanę za swoją twórczość kopa, zastanawiam się na chwilkę - po co mi to? Moim mottem jest "Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą". Obecnie wszedłem w okres bardzo intensywnej walki. Przeciwnikiem jest życie.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Jerzy Wilman przedstawia i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Te dźwięki wywołują w ludziach agresję i złość

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>