Poszukaj pan w telefonie „Żona moja”

Zona mojaPodróż może być nudna. Obojętne czy pociągiem, samolotem, autem. Ja jechałem 17 maja 2017 roku tym ostatnim, polskimi bocznymi drogami klasy czołgowej lub crossowej. Świadomy wybór, spowodowany permanentną modernizacją ekspresówki na Poznań, zapchanej przez sunące, nie do wyprzedzenia tiry. Te boczne szosy to spokój, chociaż także lekki slalom między dość częstymi dziurami. Piękna prosta, przede mną pojawiające się dalekimi dachami domów Drezdenko.

Skrzyżowanie. Ostatnie przed wjazdem do miasta, takie w kształcie litery T. Na „stopie” do głównej szosy stoi półciężarówka. Kilka metrów od niej, widzę to z daleka, coś się dzieje. Kiedy podjeżdżam na tyle by rozróżnić szczegóły, martwieję z przerażenia. Na asfalcie po mojej lewej stronie leży człowiek, tuż koło rowu, obok niego dwójka innych ludzi klęcząc udziela mu pomocy. Stan pacjenta jest przerażający: jego prawa noga jest ucięta, oderwana właściwie na wysokości połowy łydki. Z resztą ciała łączy ją symboliczny kawałek skóry.

Mężczyzna, starszy pan jest przytomny. Nie widzi swoich obrażeń. Krew z rozerwanych żył cieknie strumieniami, tryska. Podbiegam na pomoc, jeden z ratujących paskiem zaciska udo w okolicach tętnicy. Ofiara, nazwijmy ją panem Marianem, cały czas mówi. Jest w szoku. Plama krwi ma już dobre pół metra kwadratowego i ciągle się powiększa. Ściągam swój pasek i wspólnie, na dwie pętle z całej siły uciskamy nogę. Krew zaczyna uciekać wolniej.

Rozmawiam z kierowcą półciężarówki. Upewniam się, że wezwał pomoc. Młody człowiek jest przerażony tym, co się stało. – Miałem przed wjazdem stop – wyjaśnia – zatrzymałem się. Było pusto, ruszyłem. Po metrze poczułem uderzenie, nawet nie mocne i usłyszałem spory huk. Walnąłem w motocyklistę – pojawił się nie wiem skąd. Panie, nie chciałem, kurczę, on umiera, wykrwawi się! Odrzuciło go, jechał chyba szybko, motor przewrócił się i…

Wracam do poszkodowanego. Kałuża krwi rośnie, kurczę. Pan Marian jest starszym człowiekiem krępej budowy. Ma na moje oko 65, 66 lat. Nie jest świadomy stanu w jakim się znajduje. Czuje ból w nodze, ale panuje nad nim. To dobrze – znaczy, że kręgosłup cały. Pokazuje mi łokieć prawej ręki, na którym asfalt zdarł kawał skóry wielkości pudełka od papierosów. Krwawi mało, więc  tylko nasuwam mu na ranę zsuniętą koszulę, by nie upaprać piaskiem otarcia. Marian mówi do mnie:

- Panie, co z tą nogą, boli cholera… Ja mam w niedzielę komunię wnuczki, kurde, jak ja tam pójdę? Ręka, ręka piecze. Co jest, powiedz pan? Co z nogą, kur..a! Wyjaśniam spokojnie, że pomoc jest w drodze. Wspólnie z zaciskającym drugi pasek mężczyzną, pasażerem półciężarówki zakazujemy rannemu jakichkolwiek ruchów. Mówię Marianowi: – Wszystko będzie dobrze, krwawi pan ale coraz mniej. Ręka tylko zatarta, a nogą zajmą się w szpitalu. Nie wspominam ani słowem o tym, że stopy właściwie już nie ma. To co zostało jest nie do uratowania.

W rowie obok leży motocykl. Nie jakiś skuterek, tylko ciężki chopper. Ulubiona maszyna starszych panów, dwugarowa v-ka. Zaczynam rozumieć przebieg wypadku. Pan Marian jechał do Drezdenka. Poruszał się drogą główną na jeszcze niezabudowanym obszarze. Gdzie można jechać nawet 90-tką. Piękna pogoda, pusto. I wtedy, sekundę przed nim, stojąca dotąd na stopie półciężarówka ruszyła. Kierowca jednośladu nie miał szans na cokolwiek. Uderzenie boczne pchnęło go na przeciwległy pas. Kiedy wywracał się na swoją prawą stronę, podnóżek i dźwignia hamulca urwały mu stopę. Tego typu maszyna waży sporo ponad 200 kilo. Mężczyzna nie miał szans.

- Panie, do żony trzeba zadzwonić – pan Marian próbuje się podnieść. Uspokajamy go. Współratujący trzyma mocno dwa zaciśnięte na udzie paski. Korzystam z tego i w międzyczasie  blokuję drogę swoim fordem, ustawiając go od przodu zajścia. Korek powoli narasta, ale kierowcy widząc auta na awaryjnych, trójkąt i akcję ratunkową zawracają. Kierowca pickupa w szoku próbuje przestawić swoje auto. – Blokuję drogę – mówi z błędnym spojrzeniem. Kategorycznie mu tego zakazuję.

Mam w ręku telefon poszkodowanego. Słońce świeci jak cholera, ale wchodzę w książkę telefoniczną. Pan Marian instruuje mnie: - Poszukaj pan pod hasłem „Żona moja”. Jest. Wybieram połączenie i oddaję słuchawkę mężczyźnie. Kobieta, w kompletnym szoku pojawia się po zaledwie 2 minutach. Odciągam ją od widoku poszarpanego ciała męża. Krew już tylko kapie, nie leje się strumieniem. Słyszymy sygnał karetki. Uff. Pan Marian chyba słabnie. Dopytuje się żonę o nogę. Wcześniej doradzam jej, by nic mu nie mówiła. Przerywam i żartuję, że na chrzcinach raczej tańczyć nie będzie. Ale lekarze poradzą sobie na pewno. Ambulans zablokowuje całą szerokość drogi. Ratownicy zajmują się panem Marianem. Jest dzielny, na szczęście szok wyłącza część bólu. Szef zespołu ratunkowego informuje żonę: – Zaopatrzymy pani męża. Zabierzemy go do szpitala, przyleci po niego helikopter, zabiorą go do Gorzowa. Kobieta zaczyna płakać.

Jestem motocyklistą. W sumie tylko jeden niegroźny szlif na 7 używanych pojazdów. Ostatni, suzuki bandit z 2012 roku służył mi jeszcze w zeszłym sezonie. Szybka, ciężka maszyna. Setka po 3,5 sekundach. Bezpieczna, na ile bezpieczny może być jednoślad. Ruszając w swoją dalszą podróż myślę o panu Marianie. Dorosłym, ba starszym facecie ubranym, jakby zaraz miał wejść do sklepu. W lekkie adidaski, dżinsy, koszulę i kamizelkę. Porównuję jego strój do do tego, w którym jeździłem: ciężkie skórzane spodnie, motocyklowe sztywne buty prawie do kolan, kurtka z ochraniaczami pleców, klatki piersiowej i łokci, rękawice, kask.

Nic nie zastąpi rozsądku. Najczęstszą przyczyną wypadków jest człowiek. To on wymyślił ruch drogowy i to on płaci swym zdrowiem lub życiem za skutki nieuwagi czy ślepego losu. Choć czasu cofnąć nie można, pan Marian pewnie uniknąłby amputacji nogi mając na sobie „przepisowy strój”. Może połamałby się. Poobijał. Może…

Uniknął śmierci z wykrwawienia dzięki naszej pomocy. Pierwszy raz w życiu widziałem tak drastyczne obrażenia. Śnią mi się, przewalają w pamięci. Ten tekst dedykuję mojemu synowi Krzysztofowi. Ratownikowi medycznemu od kilkunastu lat. Dla niego pewnie byłaby to codzienność. Dla niego i innych podobnych mu bohaterów spod znaku czerwonej kurtki, z wyszytym na plecach eskulapem i napisem Ratownik Medyczny.

UWAGA – zdjęcie jest screenem z filmu, jaki zarejestrowała kamera mojego auta. Ze względu na drastyczność zdarzenia szczegóły usunąłem.

Informacje o Jerzy Wilman

Wiem, że poprawnie powinno być "Informacje o Jerzym Wilmanie". Sorry - WordPress tak właśnie formatuje nagłówek, pobierając nieodmienione imię i nazwisko z metryczki. Nic więc nie poradzę. Urodziłem się daleko od Dolnego Śląska, niektórzy mówią, że nad morzem. Mam wykształcenie elektroniczne, dziennikarskie i PR-owe. Rozwiedziony i ponownie żonaty. Moją pasją są problemy społeczne i ludzkie. Lubię rozmawiać, pomóc i wychwycić z człowieka to, co go boli. Lubię też pisać - choć czasami, kiedy dostanę za swoją twórczość kopa, zastanawiam się na chwilkę - po co mi to? Moim mottem jest "Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą". Obecnie wszedłem w okres bardzo intensywnej walki. Przeciwnikiem jest życie.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Jerzy Wilman przedstawia i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Poszukaj pan w telefonie „Żona moja”

  1. ~Ewa pisze:

    Witaj Jerzy,
    Kto był sprawcą wypadku? Z tego co piszesz wynika , że Marian. Pozdrawiam Ewa.

    • Jerzy Wilman pisze:

      Cześć Ewa. Pan Marian był ofiarą wypadku, sprawcą kierowca półciężarówki. Ten młody mężczyzna wykonał stop przed wjazdem na drogę jak nakazywał mu znak, i natychmiast ruszył ze skrzyżowania. Niestety, samo wykonanie stopu nie daje prawa do wjazdu z drogi podporządkowanej na główną. Trzeba być w 100% pewnym, że nie wymusimy na nikim pierwszeństwa. Pan Marian jechał w kierunku Drezdenka po drodze głównej. Półciężarówka powinna więc ustąpić mu pierwszeństwa przejazdu…
      Pozdrawiam Jerzy

  2. ~Dorota pisze:

    Jaki smrodek?? Dla mnie czysty sentyment:) Jak się nie dostałam do przedszkola, poszłam „na służbę” do Babci na wieś, bo rodzice pracowali. Babcia, wiadomo, zapracowana. Opiekę nade mną przejął mamy najmłodszy brat. Stajnia, obora, pole. Codziennie. Pomagałam jak umiałam :) Po robocie gospoda. Mężczyźni piwo, ja czerwoną oranżadę i lody. Wtedy nikt nie donosił, że małe dziecko całe popołudnie i czasem wieczór siedzi w gospodzie. Jak marudziłam, kupowali mi kolejną oranżadę i lody. Do tej pory zapach piwa, męskiego potu i stajni to zapach dzieciństwa :) Jak kilka lat temu zaczęłam chodzić na konie od razu zakumplowałam się ze stajennym :) A teraz przynajmniej mam wytłumaczenie, dlaczego w chwilach silnego wzburzenia klnę jak szewc :) Takie „trudne” dzieciństwo :)

    • Jerzy Wilman pisze:

      Hmmm, zaciekawiasz mnie. Szczególnie to „klnę jak szewc”. Nie ukrywam, że zawsze – nie wiem jakiego słowa użyć – podobały mi się dziewczyny, którym bardziej pasowały portki niż spódniczka. Takie co potrafiły wspiąć się na wysokie drzewo i zleźć, zawisnąć na płocie czy podrosjanić z pola sąsiada worek ziemniaków. A także wypić bez skrzywienia się kieliszek spirytusu. Chłopczyce? Nie wiem, szukałem pewnie „kumpli”, którzy oprócz zawadiackiej duszy byli po prostu dziewczynami, później kobietami. Pozwól więc, że wirtualnie poklepię Cię po plecach. Kurcze, fajne miałaś dzieciństwo i tego nikt Ci nie zabierze. Ani zapachów, ani knajpy do wieczora, ani stajni :-)

  3. ~Dorota pisze:

    Brawo za zimną krew i opanowanie sytuacji. Niewielu potrafi. Raz za małolata przejechałam się jako „plecak” na motocyklu kolegi. Zsiadłam, wyplułam serce, bo i tak by się nie utrzymało w klatce, tak łomotało. Nigdy więcej się nie odważyłam. Dawno temu na praktyce związanej z branżą medyczną widziałam ofiarę takiego ślizgu. Spodnie jeansowe i turecki sweter w romby zmielone z mięsem, mięśniami, żwirem i piachem. Kości było widać. Miał kask, to przeżył. Jak można wsiadać na motocykl bez specjalnego ubrania???? Teraz nawet w lumpeksach można kupić kurtki z tymi „żółwikami” na plecach (nie wiem czy tak to się fachowo nazywa), spodnie ze skóry z wszytymi ochraniaczami. W buty już trzeba zainwestować. Mam znajomego, który jeździ na ścigaczu. Ma rodzinę, dzieci. Wziął dodatkową pracę, żeby opłacić bardzo wysokie ubezpieczenie. W razie „W” ubezpieczenie pokryje kredyt na dom i jeszcze zostanie. Taka umowa z żoną. Trochę hardkorowe podejście, ale jak dla mnie przynajmniej odpowiedzialne. Na kursach prawka zwracają szczególną uwagę na pieszych, zapominają o motocyklistach. Ludzie ich nie widzą, bo nie pamiętają, żeby sprawdzać coś więcej niż zarys auta i dwa światła. Ci z jednym często przegrywają na bocznych drzwiach wyjeżdżającego z podporządkowanej…

    • Jerzy Wilman pisze:

      W motocyklowym świecie jest sporo patologii których sam doświadczałem. Ale też jest wiele radości. Dla mnie były zapachy w czasie jazdy. I wiesz co? Nawet smrodek z obory czy tuczarni drobiu wydawał się taki swojski. Kiedy od rzeczywistości nawijającej się na koła z prędkością do 250 km/h (nie jeździłem tak szybko) dzieli cię granica szybki kasku, nie liczy się nic prócz trasy. To bardzo cienka linia. I od nas, motocyklistów zależy czy będzie wykonana z bawełny czy z kevlaru. Opisany przez Ciebie kolega jest mądrym facetem :-) A buty? Nie są takie drogie. Moje całkiem przyzwoite „adrenaline” kosztowały poniżej 400 zł. Kobiece szpilki są droższe :)
      Cóż, nic nie zastąpi szczęścia i zdrowego rozsądku. Ale pomóc mu można przewidywaniem. Pozdrawiam, dziękuję za wpis :-)

  4. ~Adam pisze:

    Ufff. Gratulacje

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>