Wracam pamięcią do czasów, kiedy wszystko było prostsze…

Orzeszkowej Szczecin(…) Hiobowa wieść gruchnęła następnego dnia. Wraz z pojawieniem się dwóch koparek i ekipy budowlańców, którzy wjechali na nasze podwórko prosto pod okna, dymiąc niemiłosiernie spalinami z wielkich silników. Na szczęście zarówno ja, jak i Teddy byliśmy w domu, więc hałas i drżenie szyb w oknach wywołały nas natychmiast na dół. Po chwili doczłapał się Marianek.

– No równamy, równamy – jakiś gostek w kasku próbował się nas pozbyć, udając kierownika.

– Ale co, mili panowie, równacie? – nie dawałem za wygraną, wietrząc kłopoty. Jakieś niejasne przeczucie zaczynało mi świtać w głowie, wszystko już na wejściu wyglądało źle.

– No podwórko równamy, będziecie mieli teraz ładnie, bruk położymy, śmietniki murowane się zrobi w mordę, te chwasty uporządkuje… –  pan budowlaniec zatoczył ręką wokół, niejasno dając do zrozumienia, że roboty ruszają i możemy się odczepić.

– Nie, o nie! – włączył się Teddy. – Tu będzie wesele za dwa tygodnie, dwa wesela będą. Tu, ty rozumieć? – zdenerwowanie spowodowało, że mówiący już normalnie po polsku mężczyzna wrócił do swych amerykańskich nawyków.

– Panie, co mi pan będziesz tu pierdaczył, mam to w dupie. Odejdźcie mi stąd, zabezpieczam teren, a jak nie, to chłopaki wam pomogą…

Chłopaki – kilku drągali w nieokreślonej barwy podkoszulkach – już poczuli zadymę i powolutku do nas podchodzili. Jeden w ręku dzierżył stalowy drąg, drugi „od niechcenia” bawił się jakąś rurką. Noooo… trzeba przyznać, że mieli wyraźne argumenty. Ośmiu rosłych bysiów przeciwko trzem. Tylko Teddy wyglądał jako tako, więc ewentualny wynik walki był łatwy do przewidzenia: przegralibyśmy.

– Hola, hola, panowie!!! – coś zapiszczało od klatki schodowej.

Viki z Myszunią właśnie wracały do domu obładowane siatkami pełnymi zakupów.

– Nie tak ostro, cwaniaki – dodała Myszunia, stając obok jednego z facetów.

Wyglądali nawet podobnie, tyle że robotnik ważył może z osiemdziesiąt kilo, o dwadzieścia mniej niż Myszunia. I był… niższy. Naciskany masą cofnął się o metr. Jego koledzy wybuchnęli śmiechem.

– Ej, Pietrek, ale laska ci się trafiła. No kawaler jesteś, cha, cha, cha, łap laskę i do łóżeczka!!!

Pietrek wspierany przez kompanów odzyskał rezon. Zmierzył wzrokiem Myszunię, przesunął wzrokiem bez zainteresowania po drobnej Viki, po czym, włożywszy ręce do kieszeni portek, pogardliwie się odezwał:

– A co mi, lala, zrobisz? Wiesz, co mi możesz zrobić? – w szczegółach wyjaśnił to mało wyszukaną polszczyzną, po czym roześmiał się, ukazując wszystkim kilkanaście pięknie spróchniałych zębów.

Domyślałem się, co zaraz będzie. Nigdy nie uciekałem od „wymian zdań”, choć nie ukrywam, że nie był to mój ulubiony sposób spędzania czasu. „Chłopaki” ponownie zaczęli zacieśniać koło wokół nas. Któryś z kierowców wyłączył silniki i zapadła względna cisza. Myszunia popatrzyła pogardliwie na Pietrka.

– Takiemu śmieciowi to nawet bym wczasy załatwiła. Na chirurgii. Tyle że potem by się kumple śmieli z ciebie, że ci baba dołożyła, cha, cha, cha – powiedziała bez zastanowienia.

Pietrek sczerwieniał w uroczy sposób, nie mogąc zdzierżyć obelgi. Podniósł dłoń do ciosu, ale nie był zbyt szybki. Myszunia już wcześniej odłożyła zakupy, miała więc wolne ręce. Usłyszeliśmy tylko trzask kości i krzyk, bardziej niedowierzania niż bólu. Mężczyzna leżał na ziemi, jego górna kończyna zaś odstawała od ciała pod dziwnym kątem. Popatrzył na nią, próbował poruszyć, po czym wykrzyknął:

– Kurwa, złamała mi, ta szmata złamała mi kości! Chłopaki, dawajcie czadu, zatłuc te suki!!!

Na takie zawołanie bojowe budowlańcy ruszyli kupą. Udało mi się powalić na ziemię jakiegoś drobnego faceta, nawet nie czułem bólu po tym, jak padając uderzył mnie głową w kolano. Na chwilkę zrobiło mi się słabo, ale szybko otrząsnąłem się, patrząc, gdzie jeszcze można komuś przywalić. Nie było nikogo. Viki właśnie kończyła półobrót, z którego stopą powaliła najbardziej krewkiego „łomiarza”. Facet siedział zdziwiony, z zaskoczeniem i wściekłością oglądając na swej okrwawionej dłoni dwa zęby, które dziwnym trafem zmieniły miejsce stałego pobytu. Myszunia tryknęła głowami o siebie kolejnych dwóch napastników, dając im do rozpatrywania perspektywę ślicznych guzów, jakie niebawem miały im wyrosnąć na czołach. Teddy prawym sierpowym „tłumaczył” jednemu z „son of the bitch” niewłaściwość metod perswazji siłowej, a Marianek z niedowierzaniem oglądał w swych rękach resztki połamanej ławeczki, rozłupanej właśnie na robotniczych plecach. Pozostali napastnicy jakoś stracili chęć do walki i powoli cofali się ku maszynom.

– Viki, uważaj! – krzyknąłem, widząc jak „kierownik robót” skrada się ku niej od tyłu, trzymając oburącz fragment ocalałej deski.

Instynktownie kobieta przysiadła, skierowany w jej korpus cios minął więc cel. „Kierownik” zatoczył się od impetu zamachu.  Tymczasem nasza koleżanka wyprostowała się powoli, stojąc około dwóch metrów od napastnika. Wiedziałem już, co będzie. Jej twarz nabierała rumieńców, wszystko działo się jak na zwolnionym filmie. Wydarzenia potoczyły się nagle niczym w kalejdoskopie – potężny wyskok kobiety, dwa niewidoczne wręcz ruchy stóp i odskakujące w przeciwne strony: głowa agresora i deska. Viki opadła na ziemię. Jak Bruce Lee w Wejściu smoka powoli się uspokajała, z lekkim zaniepokojeniem przyglądając się swej ofierze. „Kierownik” leżał nieprzytomny na ziemi.

 

„Kurier Szczeciński”, notatka z trzeciej strony gazety:

W dniu wczorajszym na jednym z niebuszewskich podwórek doszło do awantury między mieszkańcami osiedla i ekipą remontową mającą rozpocząć prace budowlane przy renowacji terenów zielonych. Dzięki postawie pułkownik Anny Z. i byłej zapaśniczki klubu Pogoń Szczecin Honoraty S. agresywni budowlańcy zostali obezwładnieni. Trzech z nich trafiło do szpitala. Kierownik budowy po rehabilitacji twarzoczaszki stanie przed sądem za napaść na protestujących mieszkańców z użyciem niebezpiecznych narzędzi. Sprawą zajmuje się prokuratura, prace budowlane do czasu wyjaśnienia sprawy zostały wstrzymane. Administracja Domów Mieszkalnych przy ulicy Kołłątaja przeprosiła już mieszkańców domu przy ulicy Orzeszkowej za zajście. Według wyjaśnień kierowniczki sekcji remontów, winni ataku zostaną ukarani dyscyplinarnie.

Informacje o Jerzy Wilman

Wiem, że poprawnie powinno być "Informacje o Jerzym Wilmanie". Sorry - WordPress tak właśnie formatuje nagłówek, pobierając nieodmienione imię i nazwisko z metryczki. Nic więc nie poradzę. Urodziłem się daleko od Dolnego Śląska, niektórzy mówią, że nad morzem. Mam wykształcenie elektroniczne, dziennikarskie i PR-owe. Rozwiedziony i ponownie żonaty. Moją pasją są problemy społeczne i ludzkie. Lubię rozmawiać, pomóc i wychwycić z człowieka to, co go boli. Lubię też pisać - choć czasami, kiedy dostanę za swoją twórczość kopa, zastanawiam się na chwilkę - po co mi to? Moim mottem jest "Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą". Obecnie wszedłem w okres bardzo intensywnej walki. Przeciwnikiem jest życie.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Jerzy Wilman przedstawia i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>