Jadę odebrać z dworca wnuczka…

Kiedy otworzyły się drzwi autobusu, po krótkiej chwili wiadomo już było, że zaczynają się kłopoty. Na pętli na Nowym Dworze we Wrocławiu, kierowca po wypuszczeniu pasażerów przyjął nowych. Wraz z nimi wsiadła sympatycznej aparycji starsza pani. Ubrana nieco staroświecko, stanowczo za ciepło jak na panującą już wiosenną, letnią pogodę. Niezbyt gruba, z uśmiechniętą twarzą, niepozorna. Na oko w czystym ubraniu. Po prostu miła, dobiegająca powoli starości kobieta. Ale… wraz z nią pojawił się zapaszek. Nieprzyjemny, coraz intensywniej świdrujący nos, wręcz smród. Nieliczni pasażerowie linii 122 zajęli miejsca. Starsza pani siadła za jednym z nich, na oko sądząc równolatkiem. Ten poruszył się ze zniecierpliwieniem, a po chwili mocno drgnął – kobieta bowiem położyła mu rękę na ramieniu i zapytała – Kochanieńki, a dojadę ja tym na dworzec? No bo ja po wnuczka jadę, wiesz, on ma przyjechać do mnie niebawem…

Zagadnięty, schludnie ubrany pan odwrócił się i odpowiedział: – Tak, dojedzie pani. Trzeba jechać po prostu do końca trasy. Ale babcia jakby nie usłyszała odpowiedzi i zaczęła śpiewać drżącym głosem: – No bo Krzysiu teraz się uczy w szkole, olalala, uczy się w szkole, olalala, ola! W autobusie zapadła konsternacja. Powoli przybywało pasażerów, pojazd za chwilę miał ruszyć w stronę centrum Wrocławia. Ludzie, wchodząc do środka, zajmowali miejsce jak najdalej od dziwacznej, ciągle mruczącej coś kobiety. W końcu jej sąsiad, nie mogąc wytrzymać tego półśpiewu, półzawodzenia wstał i przesiadł się na sam tył pojazdu. A starsza pani jakby nie zauważając tego faktu nuciła coraz głośniej, kiwając się rytmicznie, niczym chore na chorobę sierocą dziecko. Zapach jej niemytego od dawna ciała był przykry, zintensyfikował się, kiedy kierowca po uruchomieniu silnika zamknął wszystkie drzwi. Wewnątrz autobusu było już może ze trzydzieści osób, wszyscy stali jak najdalej od uciążliwej pasażerki.

Na pierwszym przystanku nikt nie wsiadał. Starsza pani jednak podniosła się i podeszła bliżej końca pojazdu. Nie było już wolnych miejsc – kobieta więc zawisła nad młodym człowiekiem, z wyglądu studentem: – Kochanieńki – spytała – a może ty wiesz, czy dojadę tym na dworzec? Siostrzeniec przyjeżdża, muszę go spotkać przecież? Student nie wiedział, zapewne nawet nie zwrócił uwagi, że wcześniej mowa była o wnuczku. Potwierdził krótkim „tak, dojedzie pani” i zajął się szukaniem czegoś w skórzanej aktówce. Niewiasta, roztaczając wokół siebie niemiłe zapachy znów zaczęła śpiewać, przechodziła koło podróżnych, zaglądała im w oczy i coraz głośniej zawodziła jakąś dziwną pieśń, coś jakby modlitwę. Co chwilę rzucana wstrząsami auta zataczała się, opierając o innych czy też depcząc im stopy. Ludzie odsuwali się, uciekali wzrokiem, jakaś para w dojrzałym wieku, chcąc zapewne uchodzić za dowcipnych rzuciła głośno „spieprzaj dziadówo”!

Po trzech przystankach do prawie pełnego pojazdu wsiedli kontrolerzy biletów. Kiedy tylko autobus ruszył, dwójka kanarów zablokowała kasowniki i rozpoczęła sprawdzanie biletów. Za wyjątkiem starszej pani, o dziwo, mieli wszyscy. Kobieta nie bardzo wiedziała, co się dzieje. Jakie „dowód osobisty”, jakie „inne dokumenty”? Przecież ona jedzie po dziecko na dworzec, to autobus na dworzec, o – ten pan mi to powiedział, i tamten też! I dlaczego mam teraz wysiąść, oni przecież mówili, że trzeba jechać do końca, a tu dopiero trochę „pojechalim”… Starsza pani nie rozumiała, dlaczego dwójka ludzi bierze ją pod ramiona, dlaczego wyprowadza na zewnątrz, kiedy przecież trzeba jeszcze jechać dalej? Dlaczego są coraz mniej mili, bo ona nie chce wysiadać i musi być zaraz na dworcu???

Autobus pojechał dalej. W środku pasażerowie, ściśnięci  w okołopołudniowym tłoku, wyraźnie zadowoleni, że problem zniknął. Problem śmierdzącej, wyraźnie upośledzonej umysłowo pani. Nieszkodliwej, ale namolnej, męczącej, zmuszającej do odwrócenia wzroku i ucieczki w inny kąt autobusu. Nieomalże w identyczny sposób zachowujemy się, jak wejdzie ktoś pijany, jak załaduje się dwóch karczychów napakowanych agresją do świata. Sam niedawno widziałem w warszawskim metrze pijaną w sztok kobietę, której co prawda udało się wejść do środka, ale ruszenie pociągu spowodowało, że padła na kolana siedzącym na ławce ludziom. Została zepchnięta przez nich wprost na podłogę, z komentarzem – spadaj kobieto, aleś się napruła… Tacy jesteśmy. My, zdrowi, bez nałogów, bez wad. My, ludzie doskonali.

 

 

Informacje o Jerzy Wilman

Wiem, że poprawnie powinno być "Informacje o Jerzym Wilmanie". Sorry - WordPress tak właśnie formatuje nagłówek, pobierając nieodmienione imię i nazwisko z metryczki. Nic więc nie poradzę. Urodziłem się daleko od Dolnego Śląska, niektórzy mówią, że nad morzem. Mam wykształcenie elektroniczne, dziennikarskie i PR-owe. Rozwiedziony i ponownie żonaty. Moją pasją są problemy społeczne i ludzkie. Lubię rozmawiać, pomóc i wychwycić z człowieka to, co go boli. Lubię też pisać - choć czasami, kiedy dostanę za swoją twórczość kopa, zastanawiam się na chwilkę - po co mi to? Moim mottem jest "Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą". Obecnie wszedłem w okres bardzo intensywnej walki. Przeciwnikiem jest życie.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Na bieżąco i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

64 odpowiedzi na „Jadę odebrać z dworca wnuczka…

  1. ~aggg pisze:

    A co masz zrobić? Zadzwonić na policję, żeby ją zamknęli na 24? Za co? Odpowiadać na wszystko z uśmiechem i robić dobrą minę do złej gry? Przecież nie Ty odpowiadasz za jej chorobę. Może opieka społeczna? Szpital psychiatryczny? Zaraz usłyszysz, żeś zły i niedobry, bo jak to można oddać do zamkniętego ośrodka chorą osobę?
    Do alkoholika też mam się uśmiechnąć? Bo miał kiedyś wybór, ale wybrał butelkę i teraz nie mogę go osądzać?
    Moralności jest wiele, ale etyka jedna.

    • ~aggg pisze:

      Dla mnie autorze napisałeś ten tekst, by samemu się rozgrzeszyć. I gdybym była księdzem, czy innym duszpasterzem, to z pewnością tego rozgrzeszenia bym Ci udzieliła.
      Pomoc doraźna to żadna pomoc. To tylko uspokajanie własnego sumienia. Pomoc jest wtedy, kiedy jest długofalowa i prowadzi do ogólnej sytuacji. A sytuacja nie jest niestety taka prosta – fachowej pomocy ze swojego stanowiska zapewne udzielić nie mogłeś. Niczym by było opuszczenie autobusu z kontrolerami i wyjaśnienie sytuacji, że Pani pewnie jest chora. Oni sami to raczej widzą. Bo cóż? Zapłaciłbyś za bilet staruszki, odwiózł na dworzec i czekał aż wnuk przyjedzie, aż w końcu dowiedział się od jej znajomego sąsiada, że ona wnuków nie posiada? Czyż wtedy dopiero nie wpadłbyś w złość? Jeśli jesteś cudownym człowiekiem, to również wytłumaczyłbyś sobie, że to choroba. Tylko co potem? Z powrotem do domu odprowadziłbyś staruszkę? Czy na policję? A jeśli oni jej nie pomogą, bo w końcu ‚co oni mogą’, to co później? Wziąć do domu i sie zaopiekować? Walczyć z instytucjami o godność tej osoby? CO BYŚ DALEJ ZROBIŁ? Odpuściłbyś, bo NIC więcej nie mógłbyś. Stracony czas i szargane nerwy, złość do świata i społeczeństwa o obojętność.
      Czy powrót do punktu wyjścia.
      A jeśli wiem, że zatoczę błędne koło… to w ogóle będę zaczynać?

      Jeśli mam możliwości [w tym wypadku pieniądze, by umieścić Panią w odpowiednim zakładzie z odpowiednią opieką] to pomagaj. Pomagaj jak najbardziej.

      Ale jeśli nie masz możliwości.. nigdy tego nie rób, bo wyrządzisz jeszcze większą krzywdę – bo może jakiś syn właśnie tej babci szuka, bo zapomniał zamknąć drzwi i staruszka wyszła, bo coś sobie uroiła?

      Pewnych rzeczy nie możesz wiedzieć.

      *wypowiedź dotyczy wyłącznie osób chorych psychicznie.

      • Jerzy Wilman pisze:

        Dziękuję za bardzo rzeczowy wpis. Nie ukrywam, że dotyka on sedna rzeczy – nie możemy raczej pomóc w takich sytuacjach. Czym innym będzie fizyczna pomoc osobie na wózku, czym innym sposób zachowania się w podobnej sytuacji. Intencją opisania tej historii, którą doświadczyłem nie tak w końcu dawno było pokazanie, że nie umiemy zachować się w świecie niepełnosprawnych. Nie wiemy co zrobić, czy w ogóle coś zrobić i jak. Pokazuje to dobitnie protest w Sejmie matek dzieci niepełnosprawnych. Na konferencji widać, jak nasz premier, „zaczepiany” przez jedno z otaczających go dzieci instynktownie odsuwa się, unika nie tylko kontaktu fizycznego, ale i jakiegokolwiek innego. Czy był przeszkolony jak postępować? Pewnie tak. Mimo to…
        Nikt z nas nie odebrał lekcji etyki postępowania z osobami niepełnosprawnymi umysłowo. I tu jest sedno problemu. A jeśli do tego nałoży się jeszcze dysfunkcja ruchowa, stajemy się bezradni w ich świecie, woląc, by ukryli się w czterech ścianach, by zniknęli, bo ja – JA! się czuję w ich obecności źle. I tu jest moja intencja. Nie umiemy, nikt nas nie uczył, wydawało się bowiem że nie ma tematu. Ale on jest. I boli – tylko nie nas.

  2. ~Aanulla pisze:

    Dobry wieczór,
    na Pana bloga trafiłam przypadkiem i nie mogę się oderwać od lektury. Ma Pan bardzo lekkie pióro, poczucie humoru i ogromną wrażliwość. Proszę rozważyć możliwość dozowania bloga w małych dawkach, bo jest jak powiew wiosny po długiej zimie, albo jak aromatyczna popołudniowa kawa na którą czeka się od samego rana :) Z przyjemnością wrócę na tę stronę .
    Pozdrawiam

  3. ~BAZYL pisze:

    Ja to miałem dopiero jazdę. Mieszkam w centrum Warszawy w jednym z tych bloków co mieści się naraz cała gmina;) Na moim piętrze mieszkała starsza babcia. Nudziła się sama w mieszkaniu i utykając łaziła po korytarzach naszego pietra zaczepiając ludzi wychodzących lub wchodzących do windy lub mieszkań. Chcę zaznaczyć, że w tych krótkich pogawędkach sprawiała wrażenie normalnej osoby. Jej syn mieszkał ze swoją rodziną kilka pięter niżej, ale wydaje mi się, że odwiedzał ją tylko w niedziele z zakupami. Przykre ale tak chyba właśnie było, bo tylko tyle przez kilka lat zdołałem zauważyć. Mieszkała cztery mieszkania dalej niż ja. Znałem ją jako tako bo często mnie zaczepiała na korytarzu i siłą rzeczy wiedziała gdzie mieszkam. Któregoś razu około pierwszej w nocy nagle słyszę dzwonek do moich drzwi. Właśnie ciąłem w necie w „Call of Duty 4″ i z wielką niechęcią zwlokłem się sprzed biurka. Patrzę przez judasza, a tam znajoma babka. W pierwszej chwili myślę sobie, że teraz to już przegięła, będę cicho to sobie pójdzie. Ale tak patrzę na nią przez ten wizjer i zaczyna mi coś świtać, że to trochę podejrzane, aby łaziła po nocy po piętrze. Zawsze robiła to za dnia. Więc otworzyłem drzwi, a babcia cała przejęta mówi coś do mnie niezrozumiale i pokazuje abym z nią gdzieś szedł. Poprosiłem aby powtórzyła o co chodzi, a ona cała roztrzęsiona mówi, że jej brat stracił przytomność na parterze bloku i leży na podłodze. Ona się boi sama zjechać windą i chce abym jej pomógł. Ja sobie myślę rany boskie, pewnie ten jej brat to taki sam staruszek jak i ona. Wrzuciłem buty na nogi, zamknąłem drzwi na klucz i dalej z babcią do windy. W windzie tymczasem babcia mówi, że pani prowadząca blokowy sklepik dzwoniła po karetkę i chyba powinna już być. Mi natychmiast włączyło się czerwone światło, że to niemożliwe bo sklepik na parterze jest zamykany o godz. 24.00, czyli godzinę temu. Powiedziałem to tej babci, a ona, że karetka była wzywana i sklepik jest otwarty. Upierała się przy tej wersji straszliwie, ale ja już wiedziałem, że coś tu nie gra, bo na sygnale nikt przecież pod blok nie podjeżdżał. Zjechaliśmy na dół, no i zgodnie z moim przewidywanie nikogo nie ma, a sklepik dawno zamknięty. Więc mówię do babci gdzie jest jej brat. Ona na to, że musiało się jej pomylić, bo on jest na drugim piętrze, gdyż tam się uderzył głową w jakąś rurę i tam też stracił przytomność przy schodach od klatki schodowej. OK, biorę babcię i jedziemy na to piętro. Czułem, że babcia coś kręci. Wychodzimy z windy a ona wręcz ciągnie mnie za rękę aby szybciej iść, tam gdzie niby leży jej brat. Oczywiście nikogo tam nie zastaliśmy. Wówczas chcąc ją trochę uspokoić mówię, że chyba coś się jej pomyliło. W tym momencie babcia stanęła jak wryta, zbladła i jakby zszokowana całym zajściem mówi do mnie wystraszona, że przecież jej brat zmarł w zeszłym roku. Potem stwierdziła, że to chyba diabeł celowo namieszał jej w głowie jak spała. Też mi się tak wydawało, że pewnie musiała już spać, coś się jej przyśniło i cała akcja gotowa. Więc mówię do tej babci, że wracamy na górę, odprowadzę ją do jej mieszkania i niech idzie grzecznie spać. Pod jej drzwiami nagle mówi do mnie, że jej drzwi się zacinają i nie da rady teraz sama ich otworzyć. Przez chwilę miałem już wizję szukania w środku nocy mieszkania jej syna lub gdyby go nie było, blokowego ciecia, gdyby zamki nawaliły, ale na szczęście wszystko się otworzyło i mogła wejść do mieszkania. Pomijam fakt, że miała pięć zamków w drzwiach. Taka mała standardowa babciowa forteca, że jak coś się nie daj Boże stanie to strażacy sforsują drzwi dopiero po godzinie. Otworzyłem jej drzwi i chcę już iść, a ona mówi abym wszedł do środka bo ona chce zadzwonić do koleżanki, a nie będzie w stanie wybrać numeru bo za słabo widzi. O ja pierdziu sobie pomyślałem, no pięknie, będę po nocy dzwonił do jakiejś koleżanki, a ona jeszcze wezwie gliny słysząc mój głos w słuchawce. Po moich namowach aby zarzuciła pomysł dzwonienia o tej porze, stwierdziła, że one często w nocy dzwonią do siebie. Wszedłem z nią do pokoju bo nie chciała mnie wypuścić i dała mi do ręki kartkę z numerem telefonu. Gdy wcześniej szukała wspomnianej kartki odwróciła się do mnie tyłem na około pół minuty. Ja patrzę, a telewizor cały czas włączony, na środku pokoju łóżko otoczone stolikami z lekami i kilkaset złotych leży na stoliku przy mnie. Myślę sobie, że ta babcia to jest jakiś totalny hardcore. Więc mówię do niej, że nie powinna wpuszczać obcych do domu pod żadnym pozorem, że ma pieniądze na wierzchu i jak trafi na złego człowieka to się może skończyć bardzo źle. Obiecała, że się zastosuje do tego co mówię, ale i tak widziałem, że już myśli tylko o tym telefonie do koleżanki. Wykręciłem numer i o dziwo natychmiast jakaś kobieta podniosła słuchawkę. Powiedziałem, że jestem sąsiadem babci i przekazuję telefon. Babcia zaczęła sobie w najlepsze opowiadać koleżance co przed chwilą zaszło z nocną eskapadą po bloku zapominając, że ja ciągle jestem w mieszkaniu. Więc mówię jej, że idę do swojego mieszkania a ona ma zamknąć po mnie drzwi. Jak usłyszałem ryglowanie zamków to dopiero poszedłem. Ta babcia była znana z różnych dziwnych zachowań. Potem coraz rzadziej widywałem ją na korytarzu bo się pogarszał stan jej zdrowia i coraz trudniej było jej chodzić, a potem zmarła. Ale dzięki tej akcji będę ją pamiętał do końca życia.

  4. loona pisze:

    Boję się obojętności ludzi. U mojej córeczki kiedy miała 3 latka zdiagnozowano cukrzycę typu 1-go. Teraz jest jeszcze mała i cały czas jest ze mną. Ale już teraz boję się niewiedzy ludzi na temat cukrzycy ,a bardziej na temat objawów hipoglikemii… W sytuacji cięzkiej hipoglikemii chory zachowuje się dokładnie jak pod wpływem alkoholu , narkotyków itp. Nie wie co się z nim dzieje, bo jego mózg nie pracuje, tutaj liczy się każda sekunda. Odrobina empatii ze strony drugiego człowieka pozwala URATOWAĆ ŻYCIE. Bez tego… Aż strach pomysleć.
    Nie bójmy się pomagać ludziom , czasem kilka minut naszego życia to całe zycie dla drugiego człowieka. Nie zostawiajmy człowieka leżącego na ulicy , jeśli boimy się sami pomóc- wezwijmy karetkę .
    Jak bardzo dziwne może być zachowanie człowieka w momencie hipoglikemii pokazuje ten filmik, warto przeczekać reklamy. http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/kierowca-pijany-cukrem,105311.html

    • Jerzy Wilman pisze:

      Loona, właśnie o tym piszę. Cóż, ze smutkiem zauważam, także u siebie brak tolerancji na zjawisko choroby u innych ludzi. To „efekt stada”. Funkcjonujemy jako stado właśnie, a tam nie ma miejsca na empatię. Szkoda. Wzorce zachowań dopiero teraz wszczepiane są naszym dzieciom w szkołach, jednak zderzenie się ich wiedzy z tym, co pokazują dorośli, my, często jako ich rodzice, różni się diametralnie od wpajanej wiedzy. Minie jeszcze dużo czasu kiedy cierpienie innych stanie się naszym cierpieniem. Dziękuję za cenny post.

      • ~ania pisze:

        Znieczulica, nic więcej. Klilka lat temu, w godzinach porannych, stojąc na przystanku, czekając ma autobus, który dowiezie mnoe do pracy – zemdlałam. Byłam w początku ciąży ale brzuszek było już widać. Nikt ale to nikt nawet nie pomógł mi wstać jak się już ocknełam. Wokół było mnóstwo ludzi, bo to przystanek autobusowy jednego z większych miast w naszym kraju..
        Przykre że tak jest….

        REAGUJMY NA DRUGIEGO CZŁOWIEKA!!!!

  5. ~Maroko pisze:

    Z jednym nie mogę się zgodzić – inną sprawą jest rzekoma choroba psychiczna, a inną picie alkoholu. Dorosły człowiek powinien znać swoje granice i, co więcej, wiedzieć, co się stanie, gdy je przekroczy (skundli się). Świadomie więc nie mam ochoty rozmawiać ani przebywać w towarzystwie osób, które poniekąd na swoje własne życzenie się „napruły”. Osoba chora swojej choroby sobie nie wybiera, nie może jej kontrolować – jej należy się, w moim odczuciu, inna doza empatii, pomocy, niż komuś, kto, jak dzieciak, wypił za dużo. Od razu dodam – pijane dziecko/nastolatek też nie wie do końca, co robi pijąc i jak to się może skończyć, więc też należy mu pomóc, nie się odwracać. Ale jeśli na własne życzenie ktoś doprowadza się do wiadomego stanu – czy koniecznie muszę go trzymać na kolanach i utulić do pijackiego snu? Dziękuję, wysiadam.

    • Jerzy Wilman pisze:

      Hmmm, chodziło mi bardziej o sposób reagowania wobec – nazwijmy to trochę nieładnie – anomalii. Choć oczywiście różnica między pijakiem a niepełnosprawnym umysłowo jest ogromna, to jednak właściwie w każdym przypadku osoby zachowaniem odbiegające od normy wywołują w ludziach odruch obrony i ucieczki. Czy będzie to zataczający się od alkoholu człowiek, czy też namolny, śpiewający i psychicznie odchylony – sposób reakcji jest właściwie identyczny. Odsuwamy się, nie chcemy z tym mieć nic wspólnego, interesuje nas tylko „święty spokój”…

      • ~Nithaiah pisze:

        Niestety, nie zgodzę się z Tobą. Uważam, że mając do czynienia z osobą niepełnosprawną, ludzie po prostu nie wiedzą jak się zachować. Nie ma to nic wspólnego z jawną niechęcią wobec osób ostro „nawalonych”.

      • ~Maroko pisze:

        Oczywiście, w wielu przypadkach mamy do czynienia z egoizmem, dbaniem o własny „święty spokój”, ale tu też pojawia się niezwykle ważny dylemat – czy zaryzykować własne zdrowie dla pomocy drugiej osobie? Pytanie zadane w teorii u większości wywoła okrzyk oburzenia (choćby i pozorny): „Ależ jak najbardziej!”, ale obawiam się, że w zetknięciu z taką sytuacją ludzie, jeśli nie cierpią na znieczulicę, boją się o siebie. Chce się pomóc, ale osoba pijana może nas zaatakować, może nas zranić i/lub być poważnie (i zakaźnie) chora, podobnie z chorym psychicznie. Strach o własne zdrowie i życie potęguje niepoczytalny (lub do niego zbliżony) stan drugiej osoby. Oczywiście, osoba leżąca na ziemi może być pijana, może być chora psychicznie lub może mieć udar i chciałoby się zareagować, ale ciągle mam w pamięci dwa demotywujące zdarzenia: pielęgniarz, ktory podczas pomocy narkomanowi został przez niego z premedytacją ukłuty igłą i tym samym zarażony żółtaczką oraz pasażerka tramwaju, która nie wysiadając z niego zadzwoniła na pogotowie w związku z leżącym na ziemi (widzianym z okna tramwaju) człowiekiem – omal nie postawiono jej zarzutów nie udzielenia pomocy, ponieważ TYLKO zadzwoniła, ale nie wysiadła z tramwaju. Polskie prawo samo odstrasza od udzielania pomocy – jeśli zadzwonię, TYLKO zadzwonię, ale z różnych przyczyn nie udzielę fizycznie pomocy (sprawdzenie oddechu, sztuczne oddychanie) boję się konsekwencji. Nie jestem w stanie podać dokładniejszych danych wyżej wymienionych przykładów, wiem, że to przypadki jednostkowe, ale szczyt paranoi, jakiej siegnęły, do dziś mnie zaskakuje.

    • ~Emma pisze:

      Zapomniałas,ze alkoholizm to tez choroba.Ale alkoholik to tez czlowiek,który nie radzi sobie z otaczajaca go rzeczywistością czy tez życie dało mu „pstryczka w nos”. Pozwól,ze opisze trzy krotkie historie:
      Kobieta,ku niezadowoleniu rodziny (bo na gospodarce miala zostac) jako jedyna w rodzinie, wykształcona z tytułem mgr inż,po podjęciu pracy szybki awans,później drugi,a ze w tych czasach,czasach PRL-u wszyscy u władzy pili także i ona dołączyła do tego środowiska.Przegrala swoje życie,wstyd pozostał.
      Również kobieta.Dzięki pozycji swojej rodziny i pierwszemu bardzo szczesliwemu małżeństwu, bardzo bogata,piękny dom,życie towarzyskie i podróże po całym świecie nie zrekompensowaly nigdy braku upragnionego dziecka.Po krótkiej chorobie maz zmarł,a dla niej życie się skończyło.Kilka lat później pojawił się ” fircyk”który dal jej na nowo radość z zycia,niestety przy okazji rozpijajac ja i okrążając.
      Mężczyzna,kochajacy i dbający o dom,któremu niewierna zona odebrała dwoje ukochanych dzieci,o które do końca walczył w sadach.Wydal majatek na adwokatow.Nie wazne było nawet to,ze za rowno pracujac zawodowo to głównie on je wychowywał bo ona”nie czuła powolania do macierzyństwa”.Zabrała mu wiec jego dzieci,jego mieszkanie i jeszcze walczyła o polowe domu jego rodziców.Jako kochający tata w myśl polskiego prawa nie może zrobić nic.Załamał się i zaczal pić.
      Los postawił tych ludzi na mojej drodze,na różnych etapach mojej edukacji.Jednak praca w szpitalu z ludzmi z demencja (różne etapy) pozwala mi na dystans,przede wszystkim nie oceniać.Jednak pamietam,ze na poczatku było obrzydzenie,niezrozumienie,a teraz chyba jedynie współczucie.

    • ~Emma pisze:

      Alkoholik to tez czlowiek,który nie radzi sobie z otaczajaca go rzeczywistością czy tez życie dało mu „pstryczka w nos”. Pozwól,ze opisze trzy krotkie historie:
      Kobieta,ku niezadowoleniu rodziny (bo na gospodarce miala zostac) jako jedyna w rodzinie, wykształcona z tytułem mgr inż,po podjęciu pracy szybki awans,później drugi,a ze w tych czasach,czasach PRL-u wszyscy u władzy pili także i ona dołączyła do tego środowiska.Przegrala swoje życie,wstyd pozostał.
      Również kobieta.Dzięki pozycji swojej rodziny i pierwszemu bardzo szczesliwemu małżeństwu, bardzo bogata,piękny dom,życie towarzyskie i podróże po całym świecie nie zrekompensowaly nigdy braku upragnionego dziecka.Po krótkiej chorobie maz zmarł,a dla niej życie się skończyło.Kilka lat później pojawił się ” fircyk”który dal jej na nowo radość z zycia,niestety przy okazji rozpijajac ja i okrążając.
      Mężczyzna,kochajacy i dbający o dom,któremu niewierna zona odebrała dwoje ukochanych dzieci,o które do końca walczył w sadach.Wydal majatek na adwokatow.Nie wazne było nawet to,ze za rowno pracujac zawodowo to głównie on je wychowywał bo ona”nie czuła powolania do macierzyństwa”.Zabrała mu wiec jego dzieci,jego mieszkanie i jeszcze walczyła o polowe domu jego rodziców.Jako kochający tata w myśl polskiego prawa nie może zrobić nic.Załamał się i zaczal pić.
      Los postawił tych ludzi na mojej drodze,na różnych etapach mojej edukacji.Jednak praca w szpitalu z ludzmi z demencja (różne etapy) pozwala mi na dystans,przede wszystkim nie oceniać.Jednak pamietam,ze na poczatku było obrzydzenie,niezrozumienie,a teraz chyba jedynie współczucie.

      • Jerzy Wilman pisze:

        Emma – OGROMNIE dziękuję za ciekawy wpis. Co do alkoholizmu – jeszcze dzisiaj wspomnienia mojego serdecznego przyjaciela, który wyszedł z nałogu i jest niepijącym alkoholikiem od ponad 10 lat. Ciekawe. Wracając do Twego wpisu – czy zechciałabyś się podzielić ze mną szerzej opisanymi przypadkami? Może coś z nich ku edukacji innych wyciągniemy i opublikujemy?

        • ~Emma pisze:

          Zgadzam się z Toba ,ze z alkoholizmu można „wyjść”. Jednak wszystko zależy od człowieka,tylko nie należy zapominać ,ze człowiek to istota tak skomplikowana i złożona.Psychika człowieka to wielka zagadka.Zachowania człowieka nie zależą,nie wynikają jedynie od niego samego.Dużo zależy od najblizszych np.rodziców,jakie wzorce wynieslismy z domu oraz środowiska w jakim się wychowalismy,w jakim dorastalismy.Czasem jest tak,ze cos się wydarzyło lub byliśmy świadkiem czegoś co siedzi w nas cale życie.
          Bardzo wzruszajaca historia,o której slyszalam i nigdy o niej nie zapomnę to smutne zakończenie pewnego krótkiego życia.Zakończenie jednego a powtórne narodzenie drugiego życia.Ale po kolei.
          Normalna rodzina,wyczekiwania,najukochansza i jedyna córeczka.Inteligentna,utalentowana i towarzyska.Każdy dzień w tej rodzinie był radością,smutki były odsuwanie na bok.Do czasu.Gdy nastolatka poczuła się źle,zaczęły się wedrowki po lekarzach.Diagnoza-rak,wstrząsnęła wszystkimi.Walka.Ojciec na kolanach każdego dnia prosił Boga,tylko nie Ona,nie moje dziecko.Zabierz mnie nie Ja.Niestety Pan Bóg zadecydował inaczej.Nadeszła smierc, a po niej załamanie.Oboje pod opieka psychologa,na silnych lekach uspokajających.Zona poszła w otępienie,poddała sieMaz starał się jeszcze cos robić,dom,zakupy,ogród.Kontakt ze znajomymi,którzy nie wiedzieli jak po ciesząc,co mówić w końcu się urwał.Za to on znalazł sobie innych kolegów.To była ta jego ucieczka,alkohol pozwalał zapomnieć,ale gdy trzezwial emocje powracały ze zdwojoną siłą,a wiec znów sięgał po „lekarstwo”. I tak dzień za dniem.
          Pomógł przypadek.Rano ,idąc do sklepu zauważył nowy plakat,nie przeja się tym zbytnio ponieważ jego myśli były skierowane w jednym kierunku – alkohol.Trzymając juz w ręku siateczke,wyszedł przed sklep,odwrócił się.Spojrzał jeszcze raz na witrynę sklepowa.W miescie, przy szpitalu będzie budowane Hospicjum.Nie minęło dużo czasu,a okazało się,ze ten mężczyzna był jednym z pierwszych zarówno darczyńców jak i pracowników tego oto Hospicjum.
          Druga szansa na nowe życie.Wiara,ze skoro nie udało sie pomoc jego córce być może uda się uratować inne życie,życia.Usmiech, dobre słowo,podtrzymanie za rękę,przytulenie- to tak niewiele,a czasami tak dużo.

          • Jerzy Wilman pisze:

            Chciałoby się powiedzieć: – koszmarna historia. Gdzie jest ten Bóg, do którego ojciec modlił się o uzdrowienie swego dziecka. A z drugiej strony to zjawisko codzienne. Codziennie na raka umierają setki ludzi, codziennie na śmierć zapijają się bądź odchodzą wskutek powikłań choroby alkoholowej kolejni obywatele. Póki nie nauczymy się żyć – podobnie jak w nazwani przez nas dzicy ludzie Amazonii – z akceptacją śmierci, każda taka tragedia wywoływać będzie nieopisany ból i rodzić pytania: Dlaczego? Gdzie jesteś Panie?

  6. Siwa pisze:

    Historia wielce ciekawa i pokazująca jak jest na prawdę w naszym społeczeństwie. Niby wszystkim żal takiej chorej osoby, niby powinniśmy jej pomóc, ale każdy tylko stoi i patrzy. Nie oszukujmy się jest wiele takich przypadków, gdzie wiemy, że mogliśmy podejść, pomóc, ale się „nie udało”. Później wszyscy o tym tylko piszą, a może to i nawet dobrze bo innych przed takim czymś przestrzegają…

    • ~aggg pisze:

      Pomóc, pomóc… ale JAK realnie jej pomóc? Policja, karetka, szpital psychiatryczny, straż miejska, opieka społeczna? Żaden z tych organów nie zareaguje jeśli osoba chora bezpośrednio nie zagraża sobie lub innym.
      A może szlachetnie ludzie się nią zajmą? Może wielbiciele wszechobecnej pomocy. Wyprowadzą z autobusu, zamówią taksówkę albo lepiej sami auto wypożyczą [bo od taksówkarza też z daleka, bo też nieczuły i niedobry i pewnie nie zrozumie powagi sytuacji] i odwiozą na dworzec? Żeby się okazało, że ona żadnego wnuka w życiu nie miała.

  7. ~hell pisze:

    Czy pomogłeś? Czy tylko wykorzystałeś to w notatce? Gdyby to była Twoja matka chciałbyś by ktoś pomógł. Teraz każdy ma telefon, może w kilka minut poszukać odpowiedniej instytucji, zadzwonić.

    • Jerzy Wilman pisze:

      Helllove – niestety, nie pomogłem. Ze wstydem to przyznaję. Myślałem, by wysiąść z kontrolerami. Wiesz, coś w człowieku jest silniejszego od instynktu indywidualnego – instynkt stada. I nie umiałem go opanować. Dlatego ten artykuł. Wstyd mi.

      • ~hell pisze:

        Rozumiem. Kiedyś nie pomogłam, na usprawiedliwienie powiem, że miałam 17 lat i były to inne czasy , bez telefonów i możliwości zawołania pomocy. Ludzie boją się , czasem to widzę. Wolą zlekceważyć problem. Wczoraj mąż zadzwonił na ratunkowy numer bo jadąc po lesie znalazł pijaka. I chyba uratował mu życie, bo ta sierota by wykorkowała od hipotermii, ale ani Pani w informacji ani Policja nie byli za szczęśliwi :)

    • ~aggg pisze:

      Chyba żyję na innej planecie. Obojętność rodzi się stąd, że instytucje, które powinny się tym zajmować mają to w dupie i to od nich powinniśmy zmieniać świat. Bo gdyby zajmowały się tym co powinny, wtedy jeden telefon, by pomóc tej kobiecie by wystarczył. Dziś? Dziś jeśli nie zagraża sobie ani otoczeniu żadna instytucja się nią nie zaopiekuje.

      Nie pomogłeś jej. Bo NIE MOGŁEŚ jej pomóc.

  8. ~Mirek pisze:

    Zamiast pisać te dyrdymały trzeba było zabrać te kobiete do siebie i porządnie wymyć. Kawałek mydła kosztuje 1,50 a zasługi dla ludzkości wielkie

  9. ~Mirek pisze:

    kiedyś możemy być tacy sami, śmierdzący i nieakceptowani przez społeczeństwo. Musimy o tym pamiętać i w miarę możliwości pomagać tym ludziom.

    • ~aggg pisze:

      Noclegownie zapewniają łóżko, wodę z mydłem i minimalne wyżywienie. Żaden z nas nie musi taki kiedyś być. A jeśli rozwija się w Tobie choroba i wiesz, że będziesz uciążliwy dla środowiska to grzecznie schodzisz ludziom z drogi i zamykasz się w odpowiednim ośrodku, gdzie masz fachową pomoc, wyżewienie i opierunek.

  10. ~gosiawa pisze:

    hej, polecam pomagać takim ludziom. Kiedyś na przystanku starsza Pani zapytała mnie i moją mamę o drogę, ale widać było, że nie może się skupić. Po kilku pytaniach dała nam jakąś kartkę – był tam nr telefonu do jej córki z informacją, że Pani ma problemy z pamięcią i aby zadzwonić. Tak też zrobiłam, córka tej Pani przyjechała po jakiś 20 min a ja dostałam od niej jeszcze w podziękowaniu czekoladę :)
    Druga sytuacja dotycząca starszych niedołężnych ludzi – uderzająco prosta, zdarzyła mi się w kolejce w dużym sklepie. Jak to bywa: ludzi dużo, kas mało. W kolejce przede mną stała starsza Pani, która nie radziła sobie z pakowaniem zakupów, potem z zapłatą i jeszcze chowaniem reszty. Polskim zwyczajem byłam na nią zła i w duchu wzdychałam nad swoim losem. Wszystko jakoś poszło sprawniej bo Pani w kasie pomagała starszej Klientce z tym wszystkim. A kiedy nadeszła moja kolej do zakupów, Pani z kasy, niejako tłumacząc się z tej pomocy, powiedziała filozoficznie „nie wiadomo jacy my będziemy na starość”. Przyznam, że ta prosta prawda uderzyła mnie mocniej niż największe słowa. Rzecz jasna zrobiło mi się głupio, ale najlepsze jest to, że już nie denerwuję się na starszych ludzi. Tak otworzyła mi oczy Pani z kasy w Kauflandzie :)

  11. ~karolina pisze:

    pamietam była ciemna pózna noc i wracałam z rodzina od rodziny ze wsi i jak jechalismy widziałam pan lezał na trawie widziałam ludzie stali a po chwili pojawiła sie karetka pogotowia i policja a ja pojechałam dalej z rodziny bardzo teraz tego zaluje ze nie poprosilam mojego taty zeby sie zatrzymał moze mogłam pomóc tej osobie lezacej na trawie żałuje bardzo albo ludzie którzy zbieraja pod kosciołem maja napisane na swoich kartonach ze zbieraja dla dzieci które sa chore biedne głodne a nie którzy mysla ze na alkohol moze na alkohol albo po blokach i klatkach chodza zebrac to wtedy musimy im dac chociaz kilka kromek chleba troche jakiejs wedliny czy owoców bo kiedys my bedziemy potrzebowali pomocy i wtedy nikt nam nie pomoze nie wiadomo co kiedy moze człowieka spotkac chodzimy chodzimy chodzimy i nagle mozemy przestac chodzic albo sie wogle nie urodzic wogle a wogle :(:(:(

  12. ~karolina pisze:

    powinny powstac takie miejsca dla osób chorych dla których moga wyjsc z nałogu np alkoholowego narkotykowego czy psychicznego w takim miejscu w którym beda pomogli pomóc takim ludziom i wyprowadzic ich na prosta droge sama jestem wolontariuszka caritasu zbieramy zywnosc biednym dzieciom ubrania odziez starmy sie pomagac jak mozemy wysyłamy zerzy ksiazki zabawki które sa czyste i nadaja sie do zabawy które nie sa zniszczone i rozumiem takich ludzi dlatego naprawde szkoda takich ludzi a tym którym nie da sie pomóc no cóz szkoda :(:(:(

    • ~Nithaiah pisze:

      Są takie miejsca… nazywają się odpowiednio „klinika odwykowa”, ale nie wszyscy uzależnieni chcą dać sobie pomóc, oraz szpital psychiatryczny.

  13. ~karolina pisze:

    witam mam na imie karolina jestem z białegostoku podlaskie i nie raz wracałam ze szkoły jadac autobusem lub z miasta z zakupów czy od lekarza i jechała autobusem pani taka która dzwinie sie ubiera i wogle sie nie myje jak wejdzie do autobus spiewa mówi sama do siebie to znaczy ze ma problemy ludzie którzy byli w autobusie czy na miescie to pokazywali na nia palcem i sie smiali ze jest chora psychicznie trzeba zrozumiec takich ludzi którzy sa chory oni potrzebuja pomocy lub wyjda z domu i nie wróca a rodzina sie martwi no nie stety albo tez miałam taka sytuacje jadac autobusem nie pamietam gdzie poczułam brzydki zapach okazało sie te jakis pijak bezdomny ich tez trzeba zrozumiec kłopoty w pracy z rodzina nie daja rady siegaja po alkohol lub narkotyki i sie konczy czyjaołs tragiczna smiercia nie stety przykre bardzo przykre :(:(:( nie dawno czekajac na autobus zeby wrócic do domu ze szkoły kierowca autobusu miejskiego wyprowadził szarpiac pana który był pijany niktórzy brzydko mówiac o takich osobach menele bezdomni to jak go wyprowadził szarpiac ten pan był pijany i jak autobus odjechał z którego został wyrzucony ten pan groził krzyczał i co jest obrzydliwe plunał i krzyczal ze go spali ludzie sie smiali z tego i pokazywali go palcem to jest tragiczne takie jak : alkohol narkotyki nigdy w zyciu stop alkohol narkotyki poniewaz niszczy zdrowie i organizm w srodku i nasze zdrowie i równiez stop dla PAPIEROSÓW !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  14. ~kongres nowej prawicy - Janusz Korwin-Mikke pisze:

    Żeby książki były pisane jak ten artykuł …

  15. ~mjk pisze:

    No cóż, sami troszkę jesteśmy sobie winni.
    Dawno, dawno temu słabsze osobniki po prostu ginęły.
    Dawno temu co słabsi z nas umierali wcześnie.
    Teraz utrzymujemy przy życiu nawet najsłabszych (słuszne to i chwalebne), osłabiając w ten sposób społeczeństwo jako takie.
    Wybór moralny jest niby prosty, ale czy słuszny?

    • ~panna joanna pisze:

      ij, chyba mamy podobne poglądy… jednakże to zdolnośc współczucia pozwala nam być ludźmi, a każdy zasługuje na pomoc

  16. ~Agnes pisze:

    Moze nastepnym razem Cie gdzies podwiezc?

  17. ~rudaelka1 pisze:

    Takie przypadki są coraz częstsze. starzejemy sie, chorujemy. Ja swojego czasu parę razy odprowadzalam elegancko ubraną starszą panią, która żebrała. Warunki w domu miała dobre, ale kiedy syn z synową wychodzili do pracy, pani wymykała sie z domu i prosiła o złotówkę na bułkę. W pewnych sytuacjach nie wiemy co zrobić , oglądamy się na innych, ci inni na nas. W tym wypadku dobrze, ze weszli kontrolerzy, a co by było jak by pani dojechała na dworzec? Co dalej?

  18. ~Migato pisze:

    To Alzheimer. Brak kontroli w wyprozniania. Nie kojarzenie przyczynowo-skutków. Często brak powonienia będące wynikiem uszkodzenia za to odpowiedzialnej cześć mózgu. Mylenie faktów, zagubienie,brak orientacji. Opisane zachowanie to charakterystyczne przyklady Objawów Alzheimera. Nie poslugujmy się pojęciami demecja starcza czy otepienie.
    Coraz więcej osób w wieku 65+ ma takie objawy.

  19. ~Jan pisze:

    oczywiście autor bloga pomógł w obu przypadkach…

  20. ~ola pisze:

    Pisanie o smrodzie widzę ze zboczenie ma dużo swoich zwolenników.

  21. ~mysl pisze:

    Sam mam wyrzuty sumienia. Kiedyś przy mojej posesji pojawiła się starsza Pani i zapytała o ulice.Po pewnym czasie, znów ta sama kobieta pyta o tą ulicę, ja znów odpowiedziałem, ale nie pomyślałem że ta kobieta straciła zupełnie orientację i miała kłopot z trafieniem do domu a ja tylko odpowiedziałem.

  22. ~agix pisze:

    ta kobieta byla najwyrazniej chora… wiec coz pozostaje niz zaakceptowac ten stan? Kazdy z nas moze zapasc na stare lata na chorobe demencje starcza lub inna schizofrenie- wtedy juz nie bedziemy sie myc ani kontrolowac… Smutne to, bo ona nie powinna byc bez opieki. Jakim cudem chora psychicznie kobieta jezdzi sobie tramwajem? Gdyz jest samotna i system ma ja gdzies! Mieszkam za granica i nie do pomyslenia jest taka sytuacja. Jednak znam przypadek sasiadki z mojego bloku w Polsce: stara kobicina jest pozamykana na cztery spusty i drze sie i puka i wola. Synek kasuje jej emeryturke i przyjezdza ze 2 razy w tygodniu!!!!! Zanim zaczal ja zamykac na klucz, wchodzila sobie w pizamce w zimie na laweczke… wiec zaczal ja zamykac! Policja nic nie pomoze! nikogo to nie obchodzi! sasiedzi znaja te kobiete od lat i juz zglaszali policji. Coz kiedy opieka jak ma przyjsc to synek przyjezdza i pewnie wszystko ladnie wyglada. Ja nie wie wiem co ta kobieta w ogole je a co tam mowic o innych rzeczach. No coz… takie sa realia – nie chcialabym tak skonczyc. Wiec pozalujcie takich ludzi i moze lepiej wziac taka Pania z tramwaju pod pache i zaprowadzic na policje? Moze sie nia po prostu ktos zajmie? A nie opisywac, smutna rzeczywistosc, ze wszyscy patrza z oburzeniem skonsternowani bo kobita chora zakluca ich spokój swoim smrodkiem i gadaniem bez sensu. Nie oceniajcie pochopnie- jak macie odwage, to pomózcie! Przykre to… bardzo przykre

  23. ~Ewka pisze:

    Genialnie piszesz. Czuć brud, smród i cały ogół. Zazdroszczę lekkiego pióra.

  24. ~Agata pisze:

    cóż…mam nadzieję,że to nie jest zdjęcie tej pani…..

  25. ~jato pisze:

    Parę lat temu, w godzinach „szczytu” wsiadłam do autobusu w którym nie było już wolnych miejsc siedzących. Stanęłam więc sobie z boku obwieszona siatami z zakupami i z pewnościa nie było mi lekko. Kierowca zamknął drzwi a ja poczułam straszny fetor niemytego ciała, przepoconych skarpetek wybuchowej mieszaniny. W tłoku zaczęłam sie rozglądać za panem emanującym tym „zapaszkiem”. Zobaczyłam, stał obok mnie z boku. Odsunęłam sie na tyle na ile tłok panujący w autobusie pozwolił. Upał, duszno i ten fetor przyprawiający o mdłości. Człowiek, którego podejrzewałam o ten smród został na swoim miejscu, ale fetor był tak silny, ze smierdziało w całym autobusie. Odsuwałam się jak najdalej… smierdziało. W pewnym momencie zorientowałam się, że to koło mnie zrobiło sie tak trochę luźniej, mimo iż autobus pełen ludzi… Wysiadłam na swoim przystanku i smród dalej trzymał się mnie… Myslałam, ze dostałam czegoś w rodzaju obsesji. Przyszłam do domu, a smród ze mną… Rozpakowałam zakupy … a tam mój cudny, dojrzały, prawie lejący się ser pleśniowy tak wspaniale śmierdzący jak nic innego na świecie … Pozdrawiam :)

  26. ~ja pisze:

    Chyba raczej powinienies napisac: „Widzę świat tak, jak chcę go widzieć, ale nie do końca go rozumiem.”

  27. ~ane pisze:

    W zeszłym roku coś koło początku wiosny wracałam z pracy. Najpierw jeszcze w budynku spotkałam koleżankę z którą ucięłam sobie miłą 20 min pogawędkę, a potem wybrałam się na drobne zakupy. Już w głównym budynku zaczepiła nas starsza kobieta która szukała wyjścia i pytała się jak dojechać na dworzec autobusowy. Ponieważ sprawa jest trochę skąplikowana bo najpierw trzeba jechać 7 przystanków tramwajem a potem 3 autobusem, zapisałyśmy jej wszystko na karteczce i poprosiłyśmy wychodzącą sekretarkę by pokazała jej gdzie ma wsiąść do tramwaju. Koleżanka pojechała do domu a ja po woli poszłam do sklepiku po zakupy i do domku miałam jechać, minęła jakaś godzina od wyjścia z pracy. Patrzę i nie mogę uwierzyć a ta starsza kobieta błąka się po ulicy i zaczepia ludzi. Podchodzę do niej i pytam czemu nie pojechała, a ona że nie wie jak. Więc po prostu wsiadłam z nią w tramwaj, potem w autobus i dowiozłam na dworzec, tam zorientowałam się z którego przystanku odjeżdża jej autobus. Przy okazji okazało się że kobietka nic nie jadła cały dzień i nie piła wiec ją nakarmiłam tym co kupiłam. Kiedy jej się zapytałam po co przyjechała do miasta, to powiedziała że do szpitala do brata i się zgubiła. Na szczęście okazało się że tym autobusem na który czekaliśmy jechał jakiś młody chłopak który znał tę kobietę. Jak się okazało babunia zwiała z domu poprzedniego dnia, nikt nie wie gdzie spędziła noc w każdym bądź razie wróciła do domu cała i zdrowa. A ja mam czyste sumienie że pomogłam :)

    • ~KIKA pisze:

      Też bym się tak zachowała, ale wiem, niestety, że ludzie przeważnie starają się uciekać od takich sytuacji. Pozdrawiam serdecznie!

  28. ~Kasia pisze:

    Jerzy,
    trafiłam tu przypadkiem, tak jak kilka miesięcy temu, zanim dziewczyny z Grupy Desantowej zaprosiły Cię do współpracy. I tak samo jak wtedy nie mogłam oderwać wzroku od tekstu. Teraz czułam też zapach tej pani, czułam złość, że musiała wyjść… A potem zobaczyłam, że Autorem jesteś Ty :) Bardzo lubię Twoje pióro! Dziękuję za teksty i życzę powodzenia na drodze zawodowej i pisarskiej!

  29. ~Urszula pisze:

    Przede wszystkim to nie mozna stawiac na rowni zachowania chorej starszej kobiety i pijaczki.I reakcja w obu wypadkach powinna byc krancowo inna.
    Jak zareagowac na zachowanie psychicznie chorej starszej kobiety w autobusie?Na pewno kazdy pasazer spieszyl sie gdzies , a pomoc tej kobiecie wymagala czasu, bo trzeba byloby zglosic ja do opieki spolecznej.
    Pasazerowie powinni tylko wytlumaczyc kontrolerom , ze kobieta ma zaburzenia, nie zachowuje sie normalnie i moze zadzwonic po policje, ktora powinna zawiadomic opieke spoleczna.
    Natomiast pijanej z pociagu raczej nie mozna pomoc, skoro postanowila zmarnowac sobie zycie.I nikt jej nie moze pomoc dopoki sama sobie nie pomoze.I moze wlasnie takie zachowanie jak wlasnie to opisane, pomoze jej siegnac dna , zeby sie mogla od niego odbic.
    W Polsce pijanych traktuje sie wyrozumiale, jak dzieci i nianczy ich i tlumaczy,ale to w niczym im nie pomoze, dziala wlasnie odwrotnie.
    Moze to Pan zasugeruje co zrobilby w obu opisanych sytuacjach?

    • Jerzy Wilman pisze:

      Urszulo, i o to właśnie chodzi. Masz rację – inaczej reagujemy na różne zdarzenia. Na pijaka, na osobę psychicznie zaburzoną. Inaczej, choć niestety, zawsze jest w tym element obojętności, odepchnięcia od siebie jakże „niewygodnej” sytuacji…

      • ~Inga pisze:

        Reakcja typowa dla naszego społeczeństwa , odrzucić , napiętnować .Inny ,czy znaczy gorszy ???Choroba psychiczna wydaje nam się czymś odległym , dopóty sami jej nie doświadczymy ….Wtedy rzeczywistość zdejmuje nam bielmo z oczu .Otwierają się oczy i widzimy , że karuzela się kręci coraz szybciej a hamulca brak ….Wtedy rodzi się zrozumienie i pokora do choroby do świata .Walczę rok z depresją dziecka .Kolejny dni za mną , na razie bitwa wygrana ale nie wojna .Widzę innych chorych , sama uczę się więcej o sobie .Nigdy już nic nie będzie takie samo jak przed chorobą .Czarny dog chodzi na smyczy i błagam żeby nigdy z niej się nie zerwał .

    • ~Tosiek pisze:

      Alkoholizm to choroba. Podobnie jak otępienie starcze. I wiele innych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>