Życie grubasa

Paweł urodził się dokładnie 30 lat temu na szczecińskim Niebuszewie. Kiedyś była to zapomniana przez Boga i ludzi, nie ciesząca się dobrą sławą dzielnica powojennych domów, zamieszkiwanych przez różne ciekawe postaci. Jako jedynak zawsze zagonionych pogonią za pieniędzmi rodziców, chłopiec z jednej strony był obdarzany ich niesamowitą, nadnaturalną wręcz opieką i miłością, z drugiej zaś często pozostawiany samemu sobie. Bo od ich wieżowca przy Lenartowicza* do podstawówki było może 100 metrów, dość dużo terenów do zabawy pozostałych po zaoranych dzikich ogrodach, mały jeszcze wówczas ruch na sąsiedniej ulicy Krasińskiego. Niech się więc chłopak hartuje.

Szkoła minęła szybko. Pawła nie objęła jeszcze karkołomna reforma systemu edukacji. Udało mu się bez większych problemów skończyć 8 klas. Jako piętnastolatek dostał się do jednego z techników na ulicy Hożej. Chłopak był jak na swój wiek wysoki, miał prawie 190 cm i sporą nadwagę. Styl żywienia jaki fundowali mu rodzice pełen był pośpiechu i gotowych potraw, połykanych gdzieś na kolanach w przerwie między wypadami z kolegami na miasto a uganianiem się za dziewczynami. Ruchu nie miał za wiele, tę część Niebuszewa pominięto w planach zagospodarowania przestrzennego i uznano, że sala gimnastyczna, dostępna po godzinach dla okolicznych dzieci wraz z przylegającym do niej boiskiem wystarczy. Więc rósł Paweł i wzwyż, i, co widać było coraz mocniej – wszerz.

Przez jakiś czas było nawet zabawnie. Ogolił się na łyso, zaczął chodzić marynarskim krokiem przesadnie akcentując odstające od ciała ręce. Ktoś nie znając chłopca mógłby się wystraszyć – ponad 120 kilo ciała, łyse pomarszczone od sadełka karczycho, lekkie zgarbienie sylwetki i ponure spojrzenie sprawiało, że schodzili mu z drogi dużo starsi od niego mężczyźni. Kiedy chłopak poszedł do technikum, był największy w swojej męskiej klasie. Ponieważ od czasu do czasu trochę trenował boks i nie bał się „wejść w spór” z otoczeniem, szybko w szkole zyskał  przydomek Pablo i należny mu – tak uważał – mores. Kończąc pięcioletnie technikum Pablo ważył ponad 150 kilo i już coraz mniej przypominał wytrenowanego zapaśnika. Próbował diet, odchudzania się, jednak odstawienie ulubionych Mac’ów i burgerów nie udawało się nigdy. Rodzice jakby nie zauważali faktu, że ich dziecko staje się po prostu otyłe. Nadal, jak lata temu dawali chłopakowi sporo pieniędzy na przyjemności, a ten zamieniał kasę na piwo, laski, włóczenie się po dzielnicy i coraz dłuższe podsiadywanie z kumplami na murku przed domem.

Miał już zawód technika budowlanego, powoli szukał pracy. Powoli. Bo po jakiego grzyba w wieku 20 lat wstawać codziennie o 6 rano, jechać gdzieś na budowę czy w inne krzaki i harować za jakieś koszmarnie małe pieniądze. Bez sensu. Owszem, zarejestrował się w pośredniaku, dostał kilka ofert i nawet odbył dwie rozmowy kwalifikacyjne. W końcu rodzice się zbuntowali: Nie kolego, dość już obiboctwa. Masz maturę, zawód, sorry – musisz się usamodzielnić. Zapieprzaj do roboty, bo my już nie damy ci kasy na głupoty. I tak, po kilku tygodniach szarpaniny ze starymi, Paweł złapał fuchę pomocnika majstra na niedalekiej budowie przy ulicy Duńskiej. Z początku nawet mu się spodobała. Fakt, harówa niezła, ale szybko zauważył, jak markować tylko zaangażowanie do roboty. Był człowiekiem do wszystkiego, taki typowy „młody” – a to podaj bloczki, a to leć po zaprawę na dół, a to zarzucaj pacą tynk na ściany, a to przycinaj pręty pod zbrojenie. Do późnej jesieni jakoś szło. Ale było coraz zimniej, pierwszy zapał wygasł, pokłócił się z majstrem i dał mu w pysk. Ten nie był dłużny – efekt – dyscyplinarka i wyrok w zawiasach. Rok.

Było gorzej – rodzice konsekwentnie odmawiali pomocy. Zauważyli, że Paweł waży więcej niż oni oboje razem. Kłótnie, próby odchudzania się, wizyty w przychodni, stracony czas. Pracy nie mógł znaleźć. Wyrok, nawet w zawiasach, kładł się cieniem za chłopakiem. Z początku na pytanie o niekaralność mówił prawdę. Potem już kłamał. Potrzebował pracy, by zapewnić sobie przyjemności, a jedzenie było największą z nich. Kiedy kończył 25 lat, na prezent złośliwi staruszkowie kupili mu wagę o zakresie do 200 kilo. Ta poprzednia, ważąca „tylko” do 150-ciu, od jakiegoś czasu pokazywała error. Rano Paweł stanął na płycie i zmartwiał: ważył 180 kilo. Od dawna wiedział, że ciała przybywa, kupienie spodni czy koszuli było już kłopotem, coraz częściej ubierał się poprzez internet w sklepach dla „puszystych”. I z poruszaniem się było źle. Pamięta awarię prądu w ich wieżowcu – pech chciał, że nocą z soboty na niedzielę. O ile jeszcze następnego dnia zejście na dół z 7 piętra wytrzymał, o tyle wracając z meczu do domu modlił się, by prąd już był. W niedzielę Bóg był zajęty. Kartka na windzie informowała, że nieczynna do godziny 20.00. Była dopiero 17.00.

Kiedy po dwudziestominutowej wspinaczce legł na swoim łóżku, postanowił, że musi coś z tym zrobić. Dziewczyny nie miał od kilku lat, chłopaki też odsuwali się od coraz bardziej ociężałego kumpla. W końcu któryś powiedział niby w żartach – Odstraszasz nam laski. Nikt się nie roześmiał. Mężczyzna odpoczął, włączył komputer. Doskonale wiedział, że zgubienie tak z 80 kilo będzie koszmarnym zadaniem. Bo i jeść można nie tyle i zupełnie co innego, i ćwiczyć trzeba. Jeszcze raz stanął na wadze. Może się myliła? Nie… 180,5 kg. Sumo. Koszmar. Wrócił do pokoju, włączył wyszukiwarkę. Diety, fitnesy, masaże. Co chcesz. W końcu zobaczył ogłoszenie o terapii zmniejszania żołądka poprzez wypełnienie go specjalnym balonem. Poniedziałek rano zastał Pawła w kolejce do lekarza ogólnego w Poliklinice na Pomorzanach. Lekarz nie chciał w ogóle słuchać o eksperymentach z balonem. Nie dość, że jest to droga sprawa, to jednak najpierw badania.

Wyniki wyszły fatalnie. Nadciśnienie tętnicze ponad 180/120, wysoki puls około 120 uderzeń na minutę. Piekielnie wysoki cholesterol, prawie 400. Za duży poziom cukru. No i najgorsze – przerośnięta lewa komora serca. Mężczyzna analizował z doktorem te wartości w gabinecie i nie mógł zrozumieć, jak to się mogło stać. Przecież czuje się dobrze! Na litość boską, dobrze! Lekarz nie pozostawił złudzeń. O ile nadciśnienie można i trzeba będzie natychmiast zbić, o tyle niepokojąca jest zarówno cukrzyca jak i pozostałe wyniki badań. Serce wykonuje katorżniczą pracę i jak każdy mięsień od tej pracy po prostu rośnie. Tu już droga do zawału krótka.

Pierwsze tygodnie nowej diety były koszmarne. Pomogli rodzice, mama przestawiła swój tłusty styl gotowania na lżejszy. Całkowicie wyeliminowali mięso wieprzowe, przeszli na chudy drób i czasami na wołowinę. Pojawiły się kasze, owoce i wielkie ilości warzyw. Zniknął tłusty ser, śmietana, masło, białe pieczywo, słodycze z cukrem na czele. Paweł codziennie pod nadzorem fizjoterapeuty spędzał do 2 godzin w gabinecie odnowy fizycznej, wydając fortunę. Na szczęście miał nową pracę. Wiosną roku 2008, po sześciomiesięcznej katorżniczej diecie schudł o 14 kilo. Mało! Fakt faktem, poprawiły się wyniki krwi. Cholesterol zleciał aż o 100, nadciśnienie zmalało do normy, podobnie jak puls. Jednak Paweł nie chudł tak, jak oczekiwał i on, i lekarz. Chłopak miał już serdecznie dosyć liczenia każdej kalorii. Coraz częściej, wpatrzony w reklamy smakołyków mówił sobie – nie dam rady.

Wyniki trzeciej serii badań były ukierunkowane w stronę genetyki. U Pawła nie zdiagnozowano nic niepokojącego* – poczęto więc szukać  w rodzinie grubasów. Nie było. Cóż by to zresztą dało?

Chłopak załamał się. Z dnia na dzień wrócił do obżarstwa, czego efektem było podbicie wagi ciała do ponad 200 kilo. Ile ponad – nie wiedział. Jego łazienkowy przyrząd odmówił posłuszeństwa, a wstyd przed wizytą w klinice był za duży. Powoli Paweł zamykał się w domu we własnym świecie, wymieniając znów koszule i spodnie – tym razem na szyte na miarę. Internet, telewizja, praca w której wszyscy nowi „obcinali” go wzrokiem jak krokodyla z Nilu. Głupawe docinki w tramwaju, na ulicy, mówione ot tak, od niechcenia. I ci cholerni gówniarze od Kowalskich, biegający wokół niego i rżący wręcz ze śmiechu na widok jego zgalaretowaciałego ciała, kiedy próbował któregoś złapać.

Gdy na jednym z portali pojawiła się Wiola, oszalał. Śliczna, drobna dziewczyna. Stąd. Posłał jej fotkę, sprzed dwóch lat, mocno zmienioną w Photoschop’ie. Odnajdowali siebie na niekończących się gadkach na GG, potem przez telefon. To ona zaproponowała pójście na koncert do filharmonii. Paweł wpadł w panikę. Odmówił, wykpił się brakiem czasu. Na jak długo starczy coś takiego? Na raz, na dwa? A jeśli nawet na 10, to i tak ją straci. Co sobie myślał, zaczynając znajomość? Po wielu dniach przemyśleń napisał dziewczynie prawdę. Że jest otyły. Że twarz którą zna ze zdjęcia, jego twarz to fotomontaż. Że waży zdecydowanie za dużo. Nie odważył się podać ile. Wiola odpisała, że mimo wszystko chce się z nim zobaczyć.

Trochę komicznie wyglądali na parkowej ścieżce. Ona, może z metr sześćdziesiąt i najwyżej 50 kg wagi, on, wielki, zwalisty facet ważący ponad 4 razy tyle co partnerka. Już nie było fajnej rozmowy. Szli milcząc, kiedy obok śmignął jakiś nastolatek, wyrywając jego towarzyszce torebkę. Paweł rzucił się do pogoni, jednak już po kilkunastu krokach dysząc, wpół zgięty, obserwował ginącego w oddali złodzieja i oddalającą się od niego szybkim krokiem dziewczynę. Zatrzymała się na chwilę, odwracając ku niemu. Ich oczy spotkały się. – Sorry Paweł, nie myślałam, że jest aż tak źle – wyszeptała i już więcej nie oglądając się, odeszła. W domu piwo, dużo piwa i prawie cały kurczak na chwilę poprawiły humor „Pabla”. Na chwilę. Obrazy z parku ganiały się po mózgu kotłując i mieszając z innymi, w których wszyscy się z niego śmiali, drwili bądź nie ukrywali zdziwienia ociężałością i monstrualną wagą.

Rodzice włamali się do pokoju Pawła zaniepokojeni, że nie poszedł o zwykłej porze do łazienki. Pogotowie zjawiło się w bloku po kilku minutach, ale sanitariusze bezradnie rozłożyli ręce – wózek wytrzymywał 150 kilo, i nawet z ojcem chorego wszelkie próby ruszenia zwiotczałego ciała kończyły się na niczym. Trzeba było wzywać strażaków. W tym czasie zrobiono mężczyźnie niezbędne badania i płukanie żołądka. Pod łóżkiem leżały trzy puste opakowania po vivace, leku nadciśnieniowym. Szpital dyżurny przy Piotra Skargi już był poinformowany.

Paweł przeżył. Po konsultacjach psychiatrycznych zdecydowano się na operacyjne zmniejszenie żołądka. Dzisiaj, w wieku 30 lat korzysta już ze zwykłej wagi. Ćwiczy, doprowadzając obwisłą skórę do stanu sprzed próby samobójczej. Ma dziewczynę**.

 

* De facto wieżowce stoją na ulicy Zamoyskiego, łączącej się po 150 m z Lenartowicza. Zwyczajowo my, mieszkający obok, zaadoptowaliśmy 10-piętrowce do właśnie Lenartowicza, używając tej właśnie nazwy.

** Należący do 16 chromosomu gen FTO jako gen otyłości odkryto dopiero na przełomie pierwszej i drugiej dekady obecnego millenium

Informacje o Jerzy Wilman

Wiem, że poprawnie powinno być "Informacje o Jerzym Wilmanie". Sorry - WordPress tak właśnie formatuje nagłówek, pobierając nieodmienione imię i nazwisko z metryczki. Nic więc nie poradzę. Urodziłem się daleko od Dolnego Śląska, niektórzy mówią, że nad morzem. Mam wykształcenie elektroniczne, dziennikarskie i PR-owe. Rozwiedziony i ponownie żonaty. Moją pasją są problemy społeczne i ludzkie. Lubię rozmawiać, pomóc i wychwycić z człowieka to, co go boli. Lubię też pisać - choć czasami, kiedy dostanę za swoją twórczość kopa, zastanawiam się na chwilkę - po co mi to? Moim mottem jest "Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą". Obecnie wszedłem w okres bardzo intensywnej walki. Przeciwnikiem jest życie.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Jerzy Wilman przedstawia i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

32 odpowiedzi na „Życie grubasa

  1. ~_corba_ pisze:

    Czytałam to i mi przykro… Ja też byłam gruba i to był dla mnie koszmar.. może nie aż tak bardzo gruba, ale byłam przy swoim wzroście wręcz nieproporcjonalna. Bolały mnie plecy i stawy. Kiedy już wzięłam się za siebie tak porządnie i faktycznie schudłam (obecnie ważę jakieś 56/57 kilo) nie sądziłam, że zacznie się koszmar nr 2. Mam tak ogromne skłonności do tycia, że każde 200 kcal odbija się czkawką. Codziennie muszę pilnować tego co jem i nadal regularnie ćwiczę. Fakt, czuję się zdrowsza i sprawniejsza ale podchodziłam do tego tak jak każdy odchudzający się… „Będę szczupła i szczęśliwa”. Czy tak jest? No niekoniecznie… Bardzo rzadko pozwalałam sobie na szaleństwa kulinarne, od ponad roku nie jem mięsa a mój jadłospis ogranicza się do warzyw, owoców, ryb i nabiału. Czy to jest takie fajne? Idzie się przyzwyczaić do tego stopnia, że zjedzenie np. pizzy powoduje mdłości a niekiedy wymioty. Czy to jest fajne? No nie!!! Ale jak już się na to zdecydowałam to muszę w tym tkwić, chociażby z tego powodu że nie stać mnie na ponowną wymianę całej garderoby.
    Nasze społeczeństwo nie lubi grubych ludzi, odsuwa ich co powoduje poczucie winy. Nasz tok rozumowania może zniszczyć bardzo wartościowego, inteligentnego człowieka, którego jedynym nałogiem jest obżarstwo… Nikt kto nigdy w życiu nie miał skoków wagi, nie zaznał problemu otyłości, nie wie jak bardzo ta CHOROBA wpływa na naszą psychikę i jak bardzo może zmarnować człowiekowi życie…

  2. ~lola pisze:

    Rodzice zawinili. Jestem w podobnej (choć nie tak drastycznej sytuacji) – najpierw rozpychanie, od dziecka pierogi, kluchy, czipsy a potem matka pyszczy, że grubas, że wstręciuch. Błędne koło, bo ktoś taki będzie „przejadał” smutki. Nienawidzę mojej matki. Szkoda, że jej tak nikt nie zaniedbał. Bo człowiek dorosły reprezentuje sobą to, co wyniósł z domu rodzinnego. Potem gdy się go tylko beszta i za nic nie docenia samobójstwo zaczyna wyglądać coraz atrakcyjniej. Przykre, ale prawdziwe…

  3. ~iron13 pisze:

    Czytam i nie dowierzam, jacy ludzie są bezduszni i okrutni, wystarczy mieć kilka kilogramów więcej niż wszyscy to się od Ciebie odwrócą, wyśmieją itd. Przykro się robi na samą myśl. Ja nigdy nie miałem takich problemów ale nasuwa mi się takie pytanie: czy gdybym miał problem jw. czyli otyłość jak Paweł to czy miał bym wsparcie moich znajomych którzy mnie otaczają? czy po prostu by odeszli? Nigdy się nie śmiałem z ludzi otyłych bo potrafię się postawić w ich sytuacji. To przykre jak reagują czasami inni ludzie, a przecież każdy z nas jest takim samym człowiekiem.

  4. ~lucia pisze:

    straciłam pracę , oparcia w rodzinie nie miałam , straciłam do siebie szacunek i poczucie własnej wartości , pocieszenie w jedzeniu i tak do 130 kg koszmar , postanowiłam zawalczyć o siebie wyjazd do Niemiec, praca i po pierwszym miesiącu 10 kg mniej, po dwóch latach 40 kg mniej bez diet , po prostu ktoś mnie docenił, zauważył, uwierzyłam że mogę , dzisiaj jestem z siebie dumna, wyglądam tak dobrze jak nigdy dotąd, noszę rurki, buty na obcasie a moje ciało nie obwisł chociaż tego bałam się najbardziej, warto było,

    • ~marzena pisze:

      gratuluje serdecznie,ja wciaz jestem bez pracy,ponizana i upokarzana przez meza,wszystko wydaje mi sie bez sensu.chyba nawet nadzieje na znalezienia byle jakiego zajecia porzuce bezpowrotnie,a przynajmniej tutaj u nas.ciesze sie jednak,ze tobie sie udalo i oby tak dalej,powodzenia.

  5. ~dio pisze:

    a ja mam 70 kg i w żadeń sposób nie moge przytyc. podjadam nawet wieczorami a w weekendy to i w nocy jak sie ostro zjaram :D

  6. ~tomek pisze:

    Miałem kolegę, właśnie miałem. Super facet, znany w całej polsce popularyzator astronomi. Ożenił się, urodziło mu się dziecko a on nie mógł poradzić sobie z nadwagą. I zdecydował się na zmniejszenie żołądka. I niestety zarazili go jakąś bakterią tak, że odszedł od nas. Tak więc to nie takie proste. Osobiśćie wydaje mi się, że kluczową rzeczą są nawyki żywieniowe jakich uczymy się do rodziców. Ja wychowałem się za komuny, było mało słodyczy ale była działka i pełno warzyw w lato. Teraz mając 45 lat staram się dbać o siebie, jak waga mi skacze stosuję dietę 30% mniej jedzenia + tylko zdrowe jedzenie+ruch (nawiasem od kiedy biegam praktycznie nie łapię infekcji) i wracam do wagi książkowej. Też nie jest mi łatwo kiedy odmawiam sobie słodyczy czy frytek, ale nie poddaję się, robię to dla siebie i dla mojej rodziny. Polecam dbanie o siebie, ćwiczenie silnej woli no i oczywiście zdrowe jedzenie. Poza tym jem wszystko nie głoduję, piwko i wódeczkę wypiję czasami :)

  7. ~UwalonySmarem pisze:

    Strzeliło mi kiedyś 115 kg. O wiele mniej niż bohaterowi, ale uczucie g.wniane, mimo prawie dwóch metrów wzrostu. Dzięki temu nie wyglądałem bardzo jakoś źle, co sprawiało złudne wrażenie, ze wszystko jest ok. Obecnie ważę 85-87 kg, trzymam wagę od 4 lat. Wymaga to wysiłku, bo mam tendencję, ale da się, co więcej satysfakcja jest na tyle duża, że łatwo przezwyciężyć łakomstwo, a pewność siebie jako zyskałem dzięki temu, ze udowodniłem sobie, ze dam radę ułatwia wiele spraw:-)

    • Jerzy Wilman pisze:

      Gratuluję Ci. Ja też nie należę do maluchów – 176/95. Ale w końcu wziąłem się za siebie i… powoli chudnę. Dieta, ćwiczenia… A że jestem uparty – uda się!

      • ~UwalonySmarem pisze:

        Zacząłem od biegania, teraz mam 3 dwugodzinne intensywne treningi w tygodniu, raz w tygodniu piłeczka z kumplami i 2 – 3 razy bieganina. Nie zamierzam szarpać maratonów, triathlonów czy czegoś innego, po prostu w pewnym momencie bez takiej aktywności czuję, że mi czegoś brakuje, coś jak niewykorzystany weekend:-)

        pozdrawiam i powodzenia.

        • Jerzy Wilman pisze:

          Ja uważałem, że jakoś wyglądam, więc co mi tam. Do czasu kiedy nie przeszedłem badań. I wtedy okazało się to samo, co u większości ludzi z nadwagą – zły cholesterol, nadciśnienie, za wysoki poziom cukru. Na początek dieta warzywna wysokobłonnikowa z odstawieniem jakichkolwiek tłuszczów odzwierzęcych. Tylko rybki. Do tego w weekend (nie mam możliwości intensywnie ćwiczyć w tygodniu – za dużo pracy) spacery z psami po lesie po ładnych kilka km. I… waga spada :-)

  8. ~Sudety pisze:

    W dzisiejszych czasach otyłość staje się coraz większym problemem, niestety w tym również coraz bardziej upodabniamy się do sojuszników zza oceanu.

  9. ~Wojtek pisze:

    Mieszkałem na Lenartowicza dużo lat, gościa nie pamiętam, ale wiem jedno na tej ulicy nie ma żadnego wieżowca… (Taki szczegół). Po za tym zaraz obok na Zamoyskiego jest szkoła podstawowa z boiskiem do piłki. Kiedyś bez problemu można było tam grać ile się chciało! obecnie jest tam orlik i szczerze mówiąc nie mam zielonego pojęcia jak jest z dostępem, ale zaraz obok (100 m) jest też park (ogród dendrologiczny) były cmentarz , a dalej park Kasprowicza i Las Arkoński – teren w sam raz do uprawiania sportów! jazda na rowerze bieganie nordic walking nawet spacer cokolwiek się chce! to taka mała uwaga o braku miejsca do ćwiczeń… pozdrawiam ludzi ze szkoły nr 69 w szczególności rocznik 1992-2000.

    • Jerzy Wilman pisze:

      Wojtek, całe swoje dzieciństwo spędziłem na Niebuszewie – do 23 roku życia. Na górce – róg Krasińskiego i Zamoyskiego stoją 2 dziesięciopiętrowce. O nie mi chodziło. Za moich czasów mówiliśmy o niej Lenartowicza, choć rzeczywiście sama ulica mieści się nieco dalej łącząc się z Zamoyskiego. I nie ma na niej wieżowców. Dzięki za przenikliwość, dam w tekście odnośnik.

  10. ~Lidka pisze:

    Miło spotkać szczecinianina, choć temat jest mi właściwie obcy. Ale czytając tekst natychmiast zobaczyłam te ulice na Niebuszewie. I z ciekawością przeczytałam historię.

  11. Bardzo ciekawe, niestety czesto nie dostrzegamy problemów ludzi otyłych patrząc tylko na powierzchownosć

  12. ~Phoenix(L)k pisze:

    Nawet 110 kg to już zdecydowanie za dużo, by kogoś znaleźć… Wiem po sobie

    • ~Ewelina pisze:

      Nie przesadzaj z tymi 110 kg. Nie każda kobieta przepada za małymi mężczyznami. Wysoki i postawny mężczyzna z brzuchem, jednocześnie zadbany i pachnący dobrymi perfumami, który potrafi się zachować to IDEAŁ nie jednej kobiety. Pozdrawiam

      • ~Jagna pisze:

        Nie zgadzam się. Facet z brzuchem to żaden ideał, tylko zaniedbany flejtuch.

      • ~michal pisze:

        Buahaha napewno

        • ~Marta pisze:

          Wiesz Michale, Ewelina ma rację. Nie wszyscy gustują w szczypiorach. Mój mąż 14 lat temu ważył 35 kilo mniej i wcale nie zmienił to moich uczuć do niego. Ba, kocham nawet bardziej. Nie przeszkadza mi, że waży 115kg (przy 186cm wzrostu). Jedynie obawiam się o jego zdrowie. Jest szalenie przystojny i mega dobry!!! To jest to, co się liczy – wnętrze, a nie jedynie wygląd. Nie wyobrażam sobie męża pustaka z kaloryferem, wolę misia z bojlerem :)

        • ~Marta pisze:

          Wiesz Michale, Ewelina ma rację. Nie wszyscy gustują w szczypiorach. Mój mąż 14 lat temu ważył 35 kilo mniej i wcale nie zmieniło to moich uczuć do niego. Ba, kocham nawet bardziej. Nie przeszkadza mi, że waży 115kg (przy 186cm wzrostu). Jedynie obawiam się o jego zdrowie. Jest szalenie przystojny i mega dobry!!! To jest to, co się liczy – wnętrze, a nie jedynie wygląd. Nie wyobrażam sobie męża pustaka z kaloryferem, wolę misia z bojlerem :)

      • ~Phoenix(L)k pisze:

        Szkoda zatem, że żadna z nich nie zwraca na mnie uwagi…

    • ~Mirek pisze:

      Nie przesadzaj ! Ja mam 105 kg i 186 cm. Sport uprawiam, choć z 10 kg zrzucić by się przydało ! Wiecej nie chce, bo to już mięśnie ukryte ! ;) Nie miałem problemów z kobietami !

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>